23/09/2026
Wrzesień. Powrót do współpracy z przedszkolami i szkołami przyniósł mi pewną refleksję. Dzieci wiedzą coraz mniej o świecie, który je otacza, i coraz mniej potrafią zrobić coś własnymi rękami, od podtarcia sobie tyłka, przez zawiązanie butów, po pokrojenie widelcem kotleta mielonego czy ziemniaka, o dedukcji nawet nie wspominając.
Kiedyś, jak nauczyciel zobaczył na placu zabaw grupkę dzieci zbitą w kupkę w jakimś kącie, mógł być pewien, że właśnie coś wykombinowały, na przykład rozmontowały huśtawkę i zrobiły z niej czołg 😎, a jeśli to były trzylatki, to kucały nad mrowiskiem i z zafascynowaniem patrzyły, jak mrówki targają liście i patyczki dziesięć razy większe od siebie. Dziś nauczyciel widzi kucające dziecko srające na środku trawnika, bo wyjście do toalety w środku zabawy to dyskomfort. Reszta dzieci stoi wokół, przyglądając się i mówiąc: „a fu jak śmierdzi”.
A potem ten sam nauczyciel siada do obserwacji pedagogicznej sześciolatka i głowi się, co wpisać w rubrykę 6.8, gdzie autorzy pytają, czy dziecko buduje obwody elektryczne z żarówką, brzęczykiem i silnikiem 🫣
Masz ochotę przeklnąć WTF?
Już wyjaśniam. W Wielkiej Brytanii co roku pyta się nauczycieli o gotowość szkolną dzieci, które idą do pierwszej klasy (tam to są cztero i pięciolatki), i w ostatniej edycji nauczyciele oszacowali, że ponad jedna trzecia tych dzieci (37%) zaczyna naukę nieprzygotowana, wobec 33% rok wcześniej. Około 28% dzieci nie potrafiło samodzielnie jeść i pić, a nauczyciele tracą dziennie 2,4 godziny lekcji na nadrabianie braków w tych umiejętnościach, z czego 1,4 godziny to sprawy toaletowe. Znajome? Ale co często słyszy nauczyciel przedszkola od rodzica? „Przecież on/ona ma jeszcze czas!” I wisienka na torcie. W tych samych brytyjskich badaniach 88% rodziców uważa, że ich dziecko jest gotowe do szkoły, a 35% sądzi, że jest bardziej gotowe niż większość. Coś mi się zdaje, że niewiele się w tej kwestii jako rodzice różnimy od Brytyjczyków, ale trzebaby to zbadać, ktoś chętny? 😎
No to zajrzyjmy faktycznie na nasze rodzime podwórko. Warszawska AWF mierzy sprawność dzieci od dekad. W 1979 roku chłopcy w wieku 10,5 lat wytrzymywali w zwisie na drążku ponad 24 sekundy, w 1999 już 15,5, w 2009 dwanaście, a w badaniu z 2018 roku 8 sekund. Według rektora AWF ponad 90% dzieci w Polsce nie ma podstawowych umiejętności ruchowych, czyli tych, na których buduje się potem wszystko inne, łącznie z trzymaniem kredki i cięciem nożyczkami, krojeniem kotleta czy chodzeniem do szkoły własnymi nogami.
Według IBE w najnowszym badaniu PISA pod względem wskaźnika wytrwałości Polska zajmuje ostatnie miejsce wraz ze Słowenią. Tylko 50% polskich piętnastolatków deklaruje, że wkłada dodatkowy wysiłek, gdy praca staje się trudna, a 44%, że pracuje nad zadaniem, dopóki go nie skończy. To kto je kończy gdy jest to praca obowiązkowa? Tak tylko pytam dla koleżanki 😉Wytrwałość to taka kompetencja, której nie da się wyćwiczyć, jeśli nikt nie pozwala dziecku sfrustrować się przy wiązaniu sznurówek czy przy piętnastym razie rozwiązywania równania z dwiema niewiadomymi. A potem byle potknięcie, byle niepowodzenie i katastrofa.
Tylko 59% uczniów deklaruje, że lubi uczyć się nowych rzeczy (UE 67%), choć ciekawość świata deklarują na poziomie średniej. Problemem nie jest więc brak zainteresowań, ale sam wysiłek uczenia się, a wysiłek jak wiemy bywa dyskomfortem, przed którym tak często dorośli chcą dziecko ochronić.
Zajrzyjmy zatem do naszych zachodnich sąsiadów, żeby nie było, że tylko u nas tak kiepsko.
Niemcy: W Saksoni w roku szkolnym 2024/2025 lekarze stwierdzili problemy z rozwojem mowy u 37% z około 36,8 tys. zbadanych dzieci, wobec 34,8% w 2019. Dolna Saksonia: wg prognozy z dotychczasowego trendu deficyty w mowie powinno mieć 34,6% dzieci, a faktycznie miało 43,2%. Offenbach: odsetek dzieci z trudnościami w motoryce małej wzrósł do 29%, u chłopców 37%, u dziewczynek 22%. Niemieckie stowarzyszenie pediatrów wśród przyczyn problemów z mową wymienia m.in. czynniki środowiskowe, takie jak nadmierne korzystanie z mediów.
Belgia: dzieci badane w 2008 roku porównano z normami niemieckimi z 1974. Średnio koordynacja spadała o około 1% na dekadę, ale rozkład zmienił się dramatycznie: dzieci „bardzo słabych” jest o 125% więcej, a „bardzo dobrych” o 80% mniej.
I coś o ekranach i czemu w szkole nie powinno ich być. 74% polskich uczniów mówi, że na lekcjach rozpraszają ich urządzenia (UE 59%), a 62% czuje potrzebę bycia online i odpisywania na wiadomości w trakcie lekcji (UE 49%). Częstsze odczuwanie tego przymusu wiąże się z niższymi wynikami we wszystkich dziedzinach.
Ok, jeśli właśnie myślisz, że uff…moje dziecko na szczęście super sobie radzi, to zapraszam Cię do małego eksperymentu. Przypomnij sobie, kiedy ostatnio Twoje dziecko przez godzinę robiło coś, czego nikt mu nie zaplanował, nie ułatwił, nie nagrał i nie przerwał, bo będzie brudno, niebezpiecznie albo za długo i nie, nie jest to siedzenie przed ekranem, zabawką interaktywną czy grą interaktywną. Jeśli musisz się dłużej zastanowić, to nie jesteś sam/a, bo naukowcy zebrali dowody na to, że przez ostatnie dekady systematycznie kurczą się okazje, żeby dzieci mogły się bawić, włóczyć i działać bez bezpośredniej kontroli dorosłych. Bjorklund nazwał to skutkiem dobrych intencji posuniętych za daleko, czyli chęci chronienia dzieci i dawania im coraz więcej zorganizowanej nauki.
Jestem przekonana, że gdym wypisała tu normę rozwojową dla trzylatka, wielu rodziców złapałoby się za głowę z okrzykiem „porąbało tych psychologów!”. I nie, te normy to nie jest wymysł jakichś dwóch bezdzietnych panów z siwą brodą, którzy któregoś wieczoru przy cygarach i pokerze krzyknęli „Ej! Zróbmy dzieciom bingo rozwojowe! Kto zbierze 21 punktów, ten wygrywa, ale żeby nie było za łatwo, podciągnijmy trochę poprzeczkę”.
Norma to opis tego, co potrafi większość dzieci w danym wieku, ustalony na dużych grupach, więc jeśli coraz więcej dzieci do niej nie dociera, to zanim zaczniemy przerabiać tabelkę obserwacji nauczyciela dostosowując ją do niższego poziomu rozwoju dzieci, może jednak warto zastanowić się nad warunkami, w jakich te dzieci rosną?
Brak umiejętności i brak okazji to dwie różne sprawy. Dziecko, rodzi się z pewnym potencjałem rozwojowym i żeby go rozwinąć, potrzebuje odpowiednich okoliczności. Więc to nie zawsze jest kwestia niższych możliwości samego dziecka tylko środowiska, w którym to dziecko wzrasta. Sześciolatek, który nie wiąże samodzielnie butów, to najczęściej ten, który ma buty na rzepy, a także dorosłego, który mu te buty po prostu szybciej założy. Dziecko, które nie kroi ziemniaka, dostaje go już najpewniej pokrojonego. Dziecko, które nie próbuje dalej wytrwale pomimo porażki, to być może dziecko, któremu zabrano długopis z ręki i napisano pracę domową za nie🤷🏻♀️ A potem w wieku 30 lat będzie zadziwione, gdy jego żona/mąż powie mu, że nie będzie go wyręczać w myśleniu, planowaniu czy ogarnianiu rzeczywistości.
Pamiętajmy, umiejętność rośnie wraz z liczbą powtórzeń, a powtórzenia wymagają czasu, nudy, frustracji i dorosłego, który wytrzyma, gdy będzie wolniej, brzydziej i bardziej brudno.
Dzieci nie są z waty, one po prostu mają coraz mniej okoliczności do trenowania nowych umiejętności, a tego, czego nikt nie dał im przećwiczyć, żadna rubryka w arkuszu obserwacji nie wyczaruje i potem jest zdziwko jak dziecko idzie do szkoły 🤷🏻♀️
Felieton powstał w ramach cyklu