12/09/2026
Przez ostatnie tygodnie czytaliśmy listy Hani.
Nie poznaliśmy całej Hani. Nie poznaliśmy wszystkich problemów jej rodziny, napięć w małżeństwie, historii, zranień ani rzeczy, które wciąż czekają na nazwanie. Wyciągnęłyśmy na powierzchnię tylko jeden wątek ... alkohol.
Ale właśnie ten jeden wątek pokazał bardzo dużo.
Hania nie pasowała do potocznego wyobrażenia osoby mającej problem z piciem.
Pracowała. Zarządzała. Podejmowała decyzje. Pilnowała terminów, domu i ludzi. Była odpowiedzialna, potrzebna, skuteczna. Nikt nie musiał jej ratować z kolejnych katastrof.
Przeciwnie . to ona najczęściej ratowała sytuację.
Alkohol pojawiał się dopiero wieczorem. Jako nagroda, ulga, granica między obowiązkiem a odpoczynkiem. Sygnał: „teraz już naprawdę koniec, nikt niczego ode mnie nie będzie chciał”.
Piła, żeby przestać być czujna. Żeby uciszyć napięcie. Żeby na chwilę nie podejmować decyzji, nie odpowiadać, nie przewidywać i nie kontrolować.
Alkohol stał się jej prywatnym wyłącznikiem.
Dlatego kiedy przestała pić, nie zniknął jedynie kieliszek. Zniknął cały znany jej sposób kończenia dnia.
Została drażliwość, zmęczenie, płytki sen, niepokój i uczucie, że wieczór nie ma wyraźnej granicy. Zostały ręce automatycznie otwierające lodówkę. Zostały weekendy, spotkania ze znajomymi, grill i pytanie, jak przeżyć coś przyjemnego bez tego, co dotychczas było częścią przyjemności.
Hania mogła zostać kierowcą. Mogła odmówić przy innych. Mogła nawet wyglądać na osobę, której alkohol jest zupełnie obojętny.
Tylko że po odmówieniu wszystkim przez cały wieczór musiała jeszcze odmawiać samej sobie i tu właśnie zaczynała się prawdziwa walka.
Z napięciem. Z nawykiem. Z poczuciem braku. Z przekonaniem, że bez alkoholu nie będzie ulgi, nagrody ani końca dnia.
Pojawiły się dwa potknięcia. A razem z nimi wstyd, złość, bezradność i bezlitosny osąd samej siebie.
To jest dość bolesne doświadczenie osób pijących wysokofunkcjonująco.
Ich wysoka sprawność przez długi czas ukrywa problem również przed nimi samymi. Skoro pracuję, dbam o dom, nie zawalam terminów i nie leżę pijana na podłodze to może przesadzam? Może wszystko jest pod kontrolą?
Tymczasem wysokie funkcjonowanie nie świadczy o tym, że problem jest mały.
Świadczy tylko o tym, że człowiek bardzo długo potrafi ponosić jego koszty tak, aby nikt ich nie zobaczył.
Najważniejsze w historii Hani nie jest to, czy każdy dzień zakończyła bez alkoholu. Nie zakończyła. Ten eksperyment nie był opowieścią o idealnej abstynencji.
Był opowieścią o odzyskiwaniu świadomości.
Hania zaczęła rozpoznawać momenty, w których chciała pić. Zauważać, czego naprawdę wtedy potrzebowała. Odróżniać ochotę na wino od potrzeby ciszy, ulgi, granicy, bliskości albo prawa do tego, żeby już niczego nie musieć.
Zaczęła też widzieć, że potknięcie nie przekreśla wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Że wstyd nie pomaga w zmianie. Że największym sukcesem nie jest nieskazitelność, lecz powrót następnego dnia, po rozczarowaniu, bez udawania, że nic się nie stało.
Pod koniec w jej listach pojawiło się nieco więcej spokoju.
Nie euforia. Nie cudowne rozwiązanie wszystkich problemów. Spokojniejsze poranki, nieco lepszy sen, większa obecność w swoim życiu i ostrożne docenienie faktu, że jakościowo coś zaczyna się zmieniać.
Alkohol nie był i nie jest jedynym problemem Hani.
Był jednak zasłoną, za którą przez lata chowały się inne pytania:
Dlaczego muszę być stale silna?
Dlaczego odpoczynek trzeba sobie chemicznie uruchamiać?
Dlaczego łatwiej nalać sobie wina, niż powiedzieć: „mam dość”?
I co zostaje z mojego życia, kiedy przestaję się od niego wieczorami odcinać?
Historia Hani nie kończy się zwycięstwem nad alkoholem.
Kończy się czymś ważniejszym:
Hania przestała pytać wyłącznie, jak nie pić.
Zaczęła pytać, jak chce żyć, żeby nie musieć się od swojego życia znieczulać.
Terapia Hani trwa a eksperyment (konkretne działanie) stał się skarbnicą wiedzy o sobie samej. Wiedzy bardzo praktycznej, która stała się jej nowym realnym zasobem.
Klinika Zdrowego Rozsądku pozdrawia🖐