14/02/2026
Wyważony, cenny głos człowieka, który ponadto "ma papiery", żeby zabrać głos w sprawie medykalizacji ludzkiego życia, wobec narastającej fali szkodliwej propagandy ADHD.
Zakładałem KSP, opłacam składki członkowskie, więc wypowiem się na piśmie. Ten tekst może wywołać kontrowersje, bo podważa coś, z czym wiele osób mocno związało swoją tożsamość...
Osoby z ADHD - to do Was.
Żyjemy w czasach, w których diagnozy stają się wyjaśnieniem, tarczą, a nawet źródłem sensu życia. Im mocniej się ich trzymamy, tym większe ryzyko, że popieprzy nam się symptomatologia z przyczyną, a diagnoza z prawdą.
Liczba diagnoz ADHD w ostatniej dekadzie wzrosła gwałtownie. Nie liniowo, ale wykładniczo. W tym samym czasie algorytmy diagnostyczne zostały dramatycznie uproszczone. Konsultacje online stały się powszechne. Czas oczekiwania się skrócił. Progi diagnostyczne złagodniały. Miejsce, które kiedyś istniało między „taki już jestem” a „mam diagnozę”, znacząco się zmniejszyło.
Ale jest część, o której rzadko się mówi: Nie istnieje biologiczny test na ADHD. Nie ma markera we krwi. Nie ma badania obrazowego, które jednoznacznie to potwierdza. Nie można spojrzeć na skan mózgu i wskazać struktury czy sygnału mówiącego: „to jest Twoje ADHD”. Rozpoznanie opiera się głównie na pitoleniu (o, przepraszam, konwersacji z przedstawicielem zawodów medycznych), porównaniu siebie do innych, i subiektywnej (samo)ocenie. ADHD, AuDHD, i pozostałe podobne "diagnozy" to zbiór cech mierzonych wobec coraz węższej definicji tego, co społeczeństwo dzisiaj uznaje za „funkcjonalne”, „produktywne” czy „normalne”.
To nie znaczy, że ADHD nie istnieje. Ale też nie oznacza, że to cokolwiek wyjaśnia.
Kiedy mój syn otrzymał diagnozę, proces był czasochłonny, ale zaskakująco prosty: rozmowa ze smutną panią, analiza opinii pani ze szkoły (która myśli tylko o tym, żeby się w pracy nie zmęczyć) opisująca chłopca, który chciał, by w klasie było ciekawiej, niż przewidywały zasady, któremu mówiono, żeby siedział cicho, a najlepiej to żeby się nie odzywał, a już nie daj Boże, żeby się o nic nie pytał. I w zasadzie to było wszystko. Proces nie był szczególnie wymagający, próg nie był trudny do spełnienia. A gdy etykieta została nadana, droga do zakupu refundowanych pochodnych amfetaminy ("stymulantów") była przetarta i ustalona. Genialne.
To było ponad dekadę temu.
W 2026 roku ścieżka jest jeszcze łatwiejsza: rozmowa online, krótsze terminy, i natychmiastowa recepta. To samo w sobie nie oznacza, że coś jest nie tak... ale gdy łatwość stawiania rozpoznań psychiatrycznych rośnie w tym samym czasie, gdy podwaja się liczba wypisywanych narkotyków o udokumentowanym negatywnym wpływie na mózg, udawanie, że to jest "medyczny postęp", jest co najmniej naiwne. I piszę to jako lekarz, specjalizujący się w farmaceutykach i pracujący dla przemysłu farmaceutycznego.
Leki początkowo "pomogły" mojemu synowi: poprawiły koncentrację, ułatwiły wykonywanie powtarzalnych zadań, zmniejszyły tarcie w świecie, który nagradza wąski zakres powtarzalnych czynności i poddanie się rygorom ustalonym przez dyrektorkę lokalnej szkoły...
Ale zmieniły się też inne rzeczy: świadomość się zwęziła, ciekawość stępiła, wewnętrzny dialog stał się cichszy i bardziej płaski. Spontaniczność gdzieś przepadła, myśli stały się bardziej liniowe, mniej eksplorujące. Tolerancja na ryzyko się zmniejszyła, zakres emocji się skurczył...
Faktycznie - mój syn lepiej przepisywał głupoty z tablicy do zeszytu, ale pojawiało się mniej pytań. Łatwiejsze było dostosowanie się, trudniejsze poczucie, że się żyje.
Stymulanty (głównie pochodne amfetaminy) nie "poprawiają" koncentracji poprzez uprzywilejowanie określonych trybów uwagi w mózgu - ale dzieje się to kosztem innych. Pomagają „zablokować się” na zadaniu, ale ograniczają wymianę myśli (a to tam często rodzi się kreatywność, wgląd, ciekawość i refleksja). Poprawiają funkcjonowanie w sztucznym systemie, subtelnie zniechęcając do refleksji nad tym, czy sam system ma jakikowleik sens... Nie zastanawiasz się dlaczego? Komu na tym zależy?
Spójrz szerzej na substancje psychotropowe używane dziś masowo przez ludzi w każdym wieku - od dzieci, po osoby w podeszłym wieku: SSRI (inhibitory wychwytu serotoniny) , benzodiazepiny, psychostymulanty, CBD, alkohol...
Różne mechanizmy. Różne uzasadnienia. Różne narracje marketingowe... Ale wszystkie maja jeden wspólny efekt. Redukują objawy: dyskomfort staje się bardziej znośny. Ale nie przez jego rozwiązanie, ale przez stłumienie twojej reakcji na niego. Osłabiają impuls do kwestionowania. Ułatwiają adaptację zamiast dociekania.
Nie potrzeba tu teorii spiskowej. Społeczeństwo, które mniej czuje, mniej pyta, więcej toleruje i szybciej adaptuje się do warunków, których nie wybrało. Staje się łatwiejsze do zarządzania, łatwiejsze do standaryzacji, łatwiejsze do utrzymania w produktywności bez zadawania trudnych pytań.
Gdy świadomość się zawęża, a świat wewnętrzny ulega stłumieniu - "normy" zaczynają wydawać się naturalne. Opór wydaje się osobistą wadą. Dyskomfort jest internalizowany zamiast analizowany.
A my, zamiast pytać „dlaczego tak jest?”, "co tu się, do jasnej cholery odpierdziela", zaczynamy pytać „co jest ze mną nie tak?"...
Bo gdy cierpienie zostaje zmedykalizowane, system zostaje uniewinniony. Ciężar przesuwa się do wewnątrz. Rozwiązaniem staje się twoje dostosowanie, a nie zmiana systemu.
Biznes funkcjonuje w tym układzie bardzo dobrze: ceniona jest wydajność ponad głębię, uległość ponad kreatywność, a efektywność ponad sens. Koszt nie jest osobisty, jest zbiorowy.
Rozszerzanie diagnoz, leczenia i długoterminowej farmakoterapii ma wymiar finansowy liczony w miliardach. Wszyscy za to płacimy. Ekonomicznie i kulturowo.
Zaskakuje też, jak zaciekle niektórzy bronią samej etykiety, często nadanej sobie samemu pod wpływem bezmyślnego twórcy z TikToka, albo opinii jakiegoś oryginała z pokoju nauczycielskiego. Jakby jej kwestionowanie było atakiem na ich tożsamość. Jakby poprawa produktywności po amfetaminach była dowodem patologii... Stymulanty poprawiają wykonanie zadań u wszystkich ludzi. To nie jest odkrycie godne nobla - to podstawowa farmakologia substancji znanej od setek lat.
Widzieliśmy już podobne historie w całym zakresie zdrowia psychicznego: kodeina była uważana ze bezpieczny lek, benzodiazepiny stały się rutyną, SSRI przedstawiano jako korektę jakiegoś wymyślonego „zaburzenia równowagi chemicznej” (teorii, która dziś nie ma już takiej pewności jak kiedyś).
Za każdym razem schemat jest podobny: "dobre intencje", szerokie korzyści, szybka ekspansja, kulturowa normalizacja, a na koniec rachunek za długofalowe koszty, których wcześniej nie zmierzono.
To nie jest wpis przeciwko pomocy. To jest głos przeciwko bezrefleksyjnej pewności, że każda normalna trudność dnia codziennego jest problemem wymagającym interwencji medycznej (najlepiej z jednoczesnym wystawieniem recepty na leki bezpośrednio zmieniające prace twojego mózgu).
W świecie, który coraz chętniej redukuje ludzi do etykietek i diagnoz, zachowanie indywidualności nie jest luksusem; jest koniecznością. Etykiety mogą przynieść chwilową ulgę. Mogą dać język do opisania doświadczeń. Ale gdy zaczynamy je traktować jak fundament swojej tożsamości, ryzykujemy, że przesłonią złożoność tego, kim naprawdę jesteśmy.
Tak, musimy funkcjonować w świecie takim, jaki jest: płacić rachunki, spełniać wymagania przełożonych, poruszać się w systemach, których nie projektowaliśmy.
Ten głos to głos w sprawie rozsądku: nie okaleczaj swojego mózgu, by dopasować się do systemu. Nie myl uległości i dopasowania z głębią i pełnią. I nie pozwól, by etykieta przekonała Cię, że Twoja indywidualność jest wadą.
Być może jest sygnałem, że coś innego wymaga zmiany?
(Jeśli doczytałeś/aś do końca - to raczej nie masz ADHD)...
dr nauk med. Maciej D. Zatonski
MD Zatonski