03/07/2026
Niewiele osób wie, że moja droga do towarzyszenia ludziom w ich drodze zaczęła się od… komunikacji bez przemocy (NVC).
Dzięki NVC po raz pierwszy w życiu poczułam się naprawdę widziana i usłyszana.
NVC nie było dla mnie tylko sposobem komunikacji. Było doświadczeniem spotkania – z drugim człowiekiem i z samą sobą. Poszerzało moją perspektywę, uczyło relacji opartych na autentyczności i pokazywało, że pod każdym zachowaniem kryją się ważne potrzeby. To właśnie one, kiedy zostaną zauważone, prowadzą do prawdziwego połączenia między ludźmi. 💛
Kiedy jednak wyszłam z tą perspektywą do świata, zobaczyłam, że ludzie rzadko rozmawiają ze sobą z poziomu serca. Znacznie częściej komunikują się przez oceny, interpretacje, osądy i żądania. A pod nimi… jest ból. Niewysłuchanie. Lęk. Tęsknota za byciem zauważonym.
Zostałam mediatorką NVC.
Chciałam pomagać ludziom spotykać się na poziomie uczuć i potrzeb. Tworzyć przestrzeń, w której ludzie będą czuć się wystarczająco bezpiecznie, aby otworzyć się na dialog.
A potem przyszła psychoterapia.
I zmieniła we mnie wszystko.
Zmieniła mój sposób patrzenia, czucia i rozumienia relacji. Zaczęłam widzieć, że konflikt bardzo rzadko dotyczy tylko tego, co na powierzchni. Znacznie częściej jest spotkaniem zranionych części, dawnych doświadczeń, mechanizmów obronnych i niezaspokojonych potrzeb, które właśnie w relacji dochodzą do głosu.
W psychoterapii nauczyłam się, że relacja jest miejscem, w którym ujawnia się wszystko to, co kiedyś nie mogło zostać przeżyte, nazwane i ukojone. To, co nie zostało uzdrowione, bardzo często odzywa się właśnie pomiędzy dwojgiem ludzi.
Już podczas szkolenia na mediatorkę wiedziałam, że chcę być mediatorką terapeutyczną. Taką, która ma kompetencje nie tylko do prowadzenia rozmowy, ale również do rozumienia procesów psychologicznych i dynamiki relacji.
Dziś mediacja ma dla mnie zupełnie inny wymiar. Nie jest wyłącznie procesem prowadzącym do porozumienia. Jest przestrzenią rozumienia dynamiki relacji i historii, która za nią stoi. Tym co jest niewidzialne, nieświadome, a jednocześnie jest murem, ścianą, oddzieleniem, czasem od drugiego człowieka, ale najczęściej od samego siebie.
Bo czasem, zanim ludzie będą mogli usłyszeć siebie nawzajem, najpierw potrzebują usłyszeć samych siebie.
Jestem wdzięczna sobie za tę drogę. Otworzyła moje serce i jednocześnie nauczyła patrzeć z większą klarownością. Dzięki niej mogę z empatią widzieć obie strony konfliktu, zachowując neutralność i bezpieczeństwo procesu.
Dziś wiem, że najtrudniejsze spotkania nie odbywają się wtedy, gdy ludzie są gotowi rozmawiać. Najtrudniejsze są wtedy, gdy relacja przechodzi głęboki kryzys. Gdy zaufanie zostało naruszone, emocje są silniejsze niż możliwość zobaczenia drugiego człowieka.
To właśnie wtedy mediacja terapeutyczna nabiera dla mnie największego znaczenia.
Nie jest ona dla mnie wyłącznie drogą do wypracowania porozumienia. Jest przestrzenią, w której można zatrzymać się i zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się w relacji. Zobaczyć nie tylko konflikt, ale także historię, zranienia, mechanizmy ochronne i potrzeby, które przez lata pozostawały niewypowiedziane.
Nie zawsze efektem tego procesu jest pozostanie razem. Czasem najbardziej dojrzałą decyzją jest rozstanie. Wierzę jednak, że również ono może odbyć się z większą świadomością, szacunkiem i troską o godność obu stron.
Bo dla mnie istotą mediacji terapeutycznej nie jest doprowadzenie ludzi do zgody za wszelką cenę. Jest stworzenie warunków do prawdziwego spotkania. Takiego, w którym obie strony mogą poczuć się zobaczone i usłyszane. A jeśli ich drogi mają się rozstać – zrobić to w sposób, który nie pozostawi kolejnych ran.
Bo sposób, w jaki kończymy relacje, również staje się częścią naszej historii – i może być początkiem uzdrawiania, albo kolejnym zranieniem.
Mamy wybór.