15/10/2026
Czym karmi się ten wewnętrzny, okrutny głos?
Ten, który syczy: „Jesteś debilką, mogłaś się bardziej postarać!”, „Nie pokazuj, co czujesz. Lęk jest dla słabych!”, „Przestań się nad sobą użalać!”.
Skąd bierze się w nas ta bezwzględność wobec samych siebie? Dlaczego właśnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebujemy wsparcia, potrafimy potraktować siebie z taką pogardą?
Czasem ten głos ma bardzo długą historię. I wcale nie zaczynał się jako nasz własny.
Kiedyś należał do kogoś, od kogo zależało nasze bezpieczeństwo. Kogoś, kto na strach reagował złością, na błąd karą, a na łzy zawstydzaniem.
Z czasem możemy nauczyć się mówić do siebie podobnie.
I właśnie dlatego tak bardzo niepokoi mnie to, co dzieje się dziś w dyskusjach o przemocy wobec dzieci.
Wyobraźmy sobie piętnastoletniego Maćka.
Od kilku dni śledzi doniesienia o przemocy w polskich szkołach. Słyszał o atakach, rannych ludziach, o tym, że ktoś zginął. W szkole koledzy przesyłają sobie kolejne wiadomości. Ktoś opowiada o groźbach, ktoś pokazuje filmik z internetu. Trudno już odróżnić to, co naprawdę się wydarzyło, od kolejnych plotek.
Następnego ranka, kiedy wychodzi do szkoły, zauważa, że serce zaczyna mu bić szybciej. W żołądku zaciska się gorąca kula. Rozgląda się po przystanku uważniej niż zwykle. Przygląda się ludziom, których wcześniej nawet by nie zauważył.
A jeśli u nas wydarzy się coś podobnego?
Próbuje odsunąć tę myśl, ale ona wraca.
Przecież codziennie chodzi do szkoły. Siedzi w klasie, spotyka się z kolegami, wygłupia na przerwach. Jeszcze tydzień temu nie zastanawiał się, czy może mu tam grozić coś naprawdę strasznego.
Po południu wraca do domu. Sięga po telefon i znowu zaczyna czytać wiadomości. Tym razem zagląda również do komentarzy.
„Kiedyś był pas i dzieci wiedziały, jak się zachować”.
„Kabel od prodiża i od razu byłby porządek”.
„Bezstresowe wychowanie, oto skutki”.
„Za naszych czasów dostawało się lanie i jakoś wyrośliśmy na ludzi”.
Przesuwa palcem po ekranie. Czyta dalej.
Coraz więcej złości. Wyzwiska, groźby, wspomnienia dawnych kar. Niektórzy piszą z przekonaniem, inni żartują, jakby zadawanie bólu dziecku było czymś zupełnie zwyczajnym.
Maciek czuje, że żołądek znowu mu się zaciska.
Przecież oni piszą o dzieciach. O nim też.
Nie rozumie.
Wszyscy są wstrząśnięci tym, że ktoś dopuścił się przemocy. Ludzie boją się kolejnych ataków, domagają się bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Dlaczego więc tak wielu z nich uważa, że odpowiedzią powinno być bicie dzieci?
I nagle zaczyna myśleć o tych dorosłych inaczej.
Przecież to zwyczajni ludzie. Chodzą do sklepów, jeżdżą autobusami, spotykają sąsiadów. Są czyimiś rodzicami, dziadkami, nauczycielami.
Nie wie, ilu z nich rzeczywiście zrobiłoby to, o czym piszą. Ale sama świadomość, że są dorośli, dla których bicie dziecka jest czymś dopuszczalnym, zaczyna go przerażać.
Odkłada telefon i idzie do kuchni.
– Mamo, mogę ci coś pokazać?
Podaje jej telefon. Matka czyta kilka komentarzy.
– Mamo, ja się zaczynam bać tych dorosłych.
– Tych, którzy to napisali?
– Tak. Oni są strasznie wściekli. Piszą, że dzieci trzeba wychowywać pasem albo kablem. Przecież my już się boimy tego, co dzieje się w szkołach. A oni jeszcze chcą nas bić.
Matka odkłada telefon.
– Rozumiem, dlaczego cię to przestraszyło.
– Ale przecież to oni powinni nas chronić, prawda? To dorośli mają coś zrobić, żebyśmy mogli bezpiecznie chodzić do szkoły. A ja czytam te komentarze i mam wrażenie, że oni sami nie wiedzą, co robić.
– Wielu dorosłych też bardzo się przestraszyło, Maciek. I nie wszyscy dobrze sobie z tym radzą. Ale to nie znaczy, że mają prawo straszyć dzieci. Są też ludzie, którzy naprawdę pracują nad tym, żeby w szkołach było bezpieczniej.
– Tylko dlaczego oni wszyscy piszą o tym bezstresowym wychowaniu? Przecież ty mnie nigdy nie biłaś. To znaczy, że ja jestem bezstresowo wychowany?
– A masz wrażenie, że wszystko ci wolno?
Maciek parska śmiechem.
– No raczej nie.
– No właśnie. Można stawiać granice, wymagać odpowiedzialności i nie zgadzać się na pewne zachowania, nie bijąc dziecka. Nie potrzebuję pasa, żebyś wiedział, że czegoś nie wolno.
Maciek przez chwilę milczy.
– Wiesz, mamo, ja chyba najbardziej nie rozumiem tego, że kiedy dzieci się boją, dorośli chcą sprawić, żeby bały się jeszcze bardziej.
I przy tym zdaniu chciałabym się zatrzymać.
Maciek i jego rozmowa z mamą są fikcyjni, ale problem, o którym opowiada ta historia, jest bardzo rzeczywisty.
Od kilku dni wiele mówi się o przemocy w szkołach, odpowiedzialności sprawców, zaniedbaniach wychowawczych i potrzebie większej dyscypliny. To wszystko wymaga poważnej dyskusji i konkretnych działań.
Ale zastanawiam się, czy pośród tych wszystkich komentarzy, wzajemnych oskarżeń i nawoływania do przywrócenia „twardej ręki” nie tracimy z oczu samych dzieci.
Tych, które następnego dnia muszą wstać rano, spakować plecak i pójść do szkoły. Tych, które usłyszały o atakach, widziały niepokojące nagrania, rozmawiały z kolegami o tym, co mogłoby wydarzyć się również u nich.
Przecież to one mogą być bezpośrednio zagrożone. To wśród nich są osoby, które doświadczyły przemocy, były jej świadkami albo zaczęły obawiać się podobnych wydarzeń.
Nie każde dziecko zareaguje lękiem. Jedno będzie zadawało pytania, inne zacznie żartować, kolejne zamknie się w sobie. Niektóre szybko wrócą do codzienności. Są jednak dzieci, które naprawdę się boją.
I czego potrzebują w takiej chwili?
Dorosłych, którzy potraktują ich strach poważnie. Którzy potrafią odróżnić rzeczywiste zagrożenie od internetowych plotek, podejmować odpowiedzialne decyzje i dawać dzieciom poczucie, że nie zostały same z tym, co się wydarzyło.
Nie chodzi o zapewnianie, że już nigdy nic złego się nie stanie. Takiej obietnicy nikt odpowiedzialny nie może złożyć.
Chodzi raczej o to, żeby dziecko mogło zobaczyć, że nawet w sytuacji zagrożenia dorośli potrafią myśleć, współpracować, chronić i szukać rozwiązań.
Że nie musi zajmować się jeszcze ich przerażeniem.
Tymczasem część publicznych reakcji wygląda tak, jakby dorośli sami nie wiedzieli, co zrobić ze swoim strachem. Jakby bezradność i gniew uruchamiały potrzebę coraz surowszego karania, zastraszania i demonstracji siły.
Oczywiście złość wobec przemocy jest zrozumiała. Domaganie się odpowiedzialności sprawców również. Ale czym innym jest stanowcze przeciwdziałanie przemocy, a czym innym przekonywanie, że powinniśmy przywrócić ją jako metodę wychowania.
Zastanawiam się, co sprawia, że w obliczu zagrożenia niektórzy ludzie zaczynają szukać bezpieczeństwa właśnie w przemocy.
Czy chodzi o potrzebę odzyskania kontroli? O bezradność, którą trudno wytrzymać? O przekonanie, że świat był kiedyś bezpieczniejszy, ponieważ dzieci bardziej bały się dorosłych?
A może również o to, czego sami nauczyliśmy się w dzieciństwie o strachu, posłuszeństwie i sile?
W moim gabinecie spotykam osoby, dla których wychowanie oparte na strachu nie jest abstrakcyjnym tematem internetowej dyskusji.
Jest częścią ich własnej historii.
Wracają wspomnienia krzyku, pasa, gróźb, upokorzenia. Czasami pojawia się bardzo konkretny obraz: kabel od prodiża wiszący przy futrynie kuchni, w której rodzina codziennie jadła obiad.
Nie trzeba było używać go każdego dnia. Wystarczyło, że wisiał i przypominał, co może się wydarzyć, kiedy rodzic się zdenerwuje.
Wyobraźmy sobie, jak wygląda codzienność dziecka, które je obiad, odrabia lekcje czy wraca ze szkoły ze świadomością, że w każdej chwili może sprowokować czyjś gniew.
Z czasem zaczyna coraz uważniej obserwować dorosłych. Rozpoznawać najmniejsze zmiany tonu głosu, wyrazu twarzy, sposobu poruszania się. Przewidywać, kiedy lepiej się nie odzywać, nie zadawać pytań, nie sprzeciwiać.
Takie dziecko może nauczyć się bardzo skutecznie unikać kary. Być posłuszne, ciche, podporządkowane. Niekiedy wręcz wyjątkowo „grzeczne”.
Tylko że za tą grzecznością nie zawsze stoi zrozumienie zasad czy rozwinięta odpowiedzialność. Czasami stoi strach.
A organizm, który przez lata uczył się wypatrywać zagrożenia, nie zawsze łatwo przestawia się na poczucie bezpieczeństwa.
Niektórzy dorośli do dziś pamiętają ten kabel przy kuchennej futrynie. Czasem wspomnienie wywołuje napięcie, a powrót do rodzinnego domu nadal budzi niechęć czy lęk, mimo że od dawna nikt nie grozi im fizyczną karą.
Ale jest jeszcze coś, co szczególnie zwraca moją uwagę w pracy psychoterapeutycznej.
Czym karmi się ten okrutny, wewnętrzny głos, od którego zaczęłam tę opowieść?
Dlaczego człowiek, który cierpi, potrafi dołożyć sobie jeszcze więcej cierpienia?
Zdarza się, że osoby, które w dzieciństwie doświadczały surowości, karania i zawstydzania, w dorosłości zaczynają odnosić się do samych siebie w podobny sposób.
Kiedy popełniają błąd, natychmiast pojawia się oskarżenie.
Kiedy czegoś się boją, wstydzą się własnego lęku.
Kiedy są wyczerpane, wymagają od siebie jeszcze więcej.
„Znowu wszystko zepsułaś”.
„Przestań się nad sobą użalać”.
„Jak można być tak głupim?”.
„Weź się w garść”.
Czasem dopiero podczas terapii zaczynają rozpoznawać, że te słowa brzmią zadziwiająco znajomo.
Że kiedyś słyszały je od kogoś bliskiego. Od osoby, której miłości, aprobaty i ochrony bardzo potrzebowały.
I choć dziś nikt już nie stoi nad nimi z pasem, same potrafią traktować siebie tak, jakby nieustannie zasługiwały na karę.
Kiedyś ktoś zawstydzał je za płacz, dziś same zawstydzają się za łzy. Kiedyś ktoś karał je za pomyłkę, dziś nie dają sobie prawa do błędu. Kiedyś słyszały, że muszą być twarde, dziś nie potrafią przyznać nawet przed sobą, że potrzebują pomocy.
Nie jest to oczywiście nieuchronny los wszystkich osób, które doświadczyły przemocy. Wewnętrzny krytyk może rozwijać się pod wpływem różnych doświadczeń. Jednak sposób, w jaki traktowali nas ważni dorośli, może mieć ogromne znaczenie dla tego, jak później odnosimy się do własnych emocji, potrzeb i ograniczeń.
Przecież uczymy się regulować emocje także w relacjach.
Kiedy ktoś pomaga nam znieść lęk, stopniowo możemy uczyć się pomagać samym sobie.
Kiedy ktoś reaguje na nasz strach złością, pogardą albo karą, możemy zacząć podobnie traktować własne emocje.
I właśnie dlatego nie potrafię patrzeć na wychowanie oparte na przemocy wyłącznie przez pryzmat doraźnego posłuszeństwa.
Myślę także o tym, jakim dorosłym stanie się kiedyś to dziecko. Co będzie mówiło do siebie w chwilach kryzysu. Czy będzie potrafiło poszukać pomocy, czy może automatycznie uruchomi wobec siebie tę samą surowość, z którą spotykało się przez lata.
Przy okazji warto wyjaśnić jedno nieporozumienie, które nieustannie powraca w dyskusjach o wychowaniu.
Wychowanie bez przemocy nie jest wychowaniem bez granic.
Można nie bić dziecka i jednocześnie wymagać od niego odpowiedzialności. Można stanowczo zatrzymać niewłaściwe zachowanie, wyznaczać zasady, egzekwować konsekwencje, nie zgadzać się na krzywdzenie innych.
Można też pozwalać dziecku doświadczać frustracji i rozczarowania, bo są one nieodłączną częścią życia.
Dzieci nie potrzebują dorosłych, którzy na wszystko się zgadzają. Potrzebują takich, którzy potrafią korzystać ze swojej przewagi odpowiedzialnie, bez zastraszania i upokarzania.
13 października Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę opublikowała wyniki „Barometru postaw wobec krzywdzenia dzieci 2026”.
Wynika z nich, że 32% dorosłych nadal dopuszcza stosowanie kar fizycznych wobec dzieci w określonych okolicznościach. Tylko 20% badanych uważa, że krzyk na dziecko nigdy nie powinien być stosowany.
Jednocześnie społeczne przyzwolenie na bicie dzieci stopniowo maleje.
I bardzo zależy mi na tym, żeby tej zmiany nie pomijać. Coraz więcej osób odrzuca przemoc jako metodę wychowania. Zmienia się społeczne rozumienie praw i potrzeb dzieci.
Ale wydarzenia ostatnich dni i reakcje, które im towarzyszą, skłaniają mnie do zastanowienia, co dzieje się z tymi przekonaniami, kiedy sami zaczynamy się bać.
Czy w chwilach zagrożenia potrafimy nadal odróżnić ochronę od karania, odpowiedzialność od potrzeby odwetu, stanowczość od agresji?
Czy umiemy pozostać dla dzieci źródłem oparcia, nawet jeśli sami odczuwamy silny lęk i bezradność?
Bo dzieci nie powinny ponosić dodatkowych kosztów emocjonalnych tego, że my, dorośli, nie potrafimy poradzić sobie z własnym przerażeniem.
Wracam myślami do Maćka, który siedzi z telefonem w dłoni i czyta komentarze.
On już się boi.
Nie potrzebuje kolejnych dorosłych przekonujących go, że świat jest niebezpieczny. Potrzebuje wiedzieć, że ktoś potraktuje jego lęk poważnie, wysłucha go i podejmie działania, żeby zapewnić mu możliwie największe bezpieczeństwo.
Chciałabym, żeby nasze dzieci mogły dorastać z doświadczeniem takich relacji. Żeby z czasem rozwijał się w nich wewnętrzny głos, który w chwili zagrożenia nie będzie dodatkowo straszył, a w chwilach słabości nie zacznie wymierzać kary.
Ale myślę również o nas, dorosłych.
O tych wszystkich osobach, które takiego głosu nigdy w sobie nie zbudowały, bo same dorastały w strachu, pod presją, wśród krytyki i zawstydzania.
My również możemy uczyć się mówić do siebie inaczej. Z większą wyrozumiałością, spokojem i troską. Możemy stopniowo budować w sobie poczucie bezpieczeństwa, którego kiedyś zabrakło nam w relacjach z najbliższymi.
Być może właśnie tego potrzebujemy uczyć nasze dzieci, a nierzadko również samych siebie.
Żeby kiedy znów wydarzy się coś trudnego, nie stawać się dla siebie kolejnym źródłem strachu.
Katarzyna Aleksndrzak-Kamińska
psychologia | interwencja kryzysowa | psychoterapia
-----------------------------------------------------------
Źródło danych: Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, „Barometr postaw wobec krzywdzenia dzieci w Polsce 2026”.
------------------------------------------------------------
PS. Jeśli to, o czym piszę, jest Ci bliskie i widzisz wartość w mojej pracy, będę wdzięczna za wsparcie w głosowaniu w Kursorach Roku 2026. Dziś ostatni dzień, głosowanie kończy się o 23:59. Link zostawiam w pierwszym komentarzu.