31/12/2025
Chciałabym, by było tutaj jakieś sensowne podsumowanie roku.
Ponieważ moje wyobrażenia na temat tego jakie rzeczy powinny być skutecznie doprowadza do tego, że w efekcie nie ma ich wcale, od razu informuję i Was i siebie, że tak nie będzie.
Nie będzie to na pewno sensowne, czy będzie podsumowaniem roku to się okaże, ale będzie to z pewnością jak wszystko, co publikuję - prawdziwe i z głębi.
No więc powiem może, że ten rok spuścił mi naprawdę srogi łomot. Potrząsnął mną bardzo i dopiero właściwie od jakiś 5 minut przestało mi od tego dzwonić w uszach. Wydarzyło się sporo destabilizujących rzeczy, co zresztą także ma swoje świadectwo naoczne w mojej ograniczonej aktywności. Wszystko jednak sprowadza się do jednego i podstawowego źródła chaosu, z którego wzięło się chyba wszystko w moim życiu… włącznie ze mną - do mojego ojca.
Kultura, w której żyjemy kładzie olbrzymi nacisk na szacunek do rodzica. Taki wiecie, z urzędu. Nie z zasług.
Co jednak, jeśli rodzic wzgardza swoim dzieckiem tak bardzo, że doprowadza do nawrotów i zaostrzenia chorób? Co, jeśli swoją agresją powoduje dystres w całej rodzinie, który sięga pokolenie dalej?
Woda płynie w dół. Energia, międzypokoleniowo, także.
Od rodziców, do dzieci. Tak przynajmniej być powinno.
W lipcu 2023 zerwałam więź z ojcem, bo wybrałam spokój i priorytetyzuję rodzinę, którą założyłam i tworzę wyżej, niż rodzinę pochodzenia. Zanim to zrobiłam wiłam się jak piskorz szukając rozpaczliwie innych dróg bycia w tym wszystkim. To był czas braku kontaktu, ciszy, budowania akceptacji dla własnej decyzji bez poczucia bycia wyrodnym dzieckiem. Umacniania się w tym, że mam prawa - także prawo do wyjścia z relacji, skoro szkodzi ona mi i moim bliskim. Nazywania rzeczy po imieniu. Agresji agresją, szantażu szantażem. Relacja z rodzicem się od tego momentu ułożyła, bo byłam w niej już tylko ja, wspomnienia, mój żal, żałoba i czas wystarczający na to, by się z tym jakoś ułożyć. Czyli same rzeczy, na które mam wpływ. Cicho było jakiś czas.
W październiku 2024 otrzymałam pierwsze groźby przedsądowe.
W kwietniu 2025 otrzymałam już oficjalnie pozew od własnego ojca. Na ciężkie pieniądze. Których nie mam oczywiście.
W efekcie dorobiłam się depresji, zaostrzenia zaburzeń lękowych, pobytu w szpitalu psychiatrycznym i utraty najlepszej pracy etatowej, jaką w życiu miałam (każdy pracodawca ma prawo do limitu cierpliwości na, nieważne jak uprawnione, zwolnienia lekarskie swojego pracownika). Nie będę wymieniać wszystkich szkód na moim zdrowiu, dobrobycie i życiu rodzinnym, jakie to spowodowało, ani rozwlekać się na temat, bólu jaki czuje dziecko potraktowane w ten sposób przez rodzica, bo nie o to mi tutaj chodzi.
A co co chodzi? No właśnie, dobre pytanie. Po co ja to w ogóle piszę i wywlekam tu trzewia? Znowu zresztą.
Bo wierzę w autentyczność - oczywiście. To jeden i zawsze aktualny powód.
Chyba też po to, by na koniec 2025 dostrzec, że zamykam go definitywnie wyjściem do światła.
Bo nieważne jak to było trudne - i wciąż będzie, bo końca nie widać - to wciąż tu jestem.
Zatem uwaga, o to zyski z mojego tegorocznego kryzysu. Bo tak wybieram to widzieć:
- uzyskałam wreszcie dostęp do ogromnych pokładów niewypowiedzianej złości, która ciążyła mi na barkach latami i absolutnie nigdy nie została nazwana i opowiedziana - bo nie wypadało. Vide wzmianka o kulturze
- nauczyłam się mówić o złości, wyrażać ją - zrazu dość nieumiejętnie, ale sukcesywnie coraz lepiej i w sposób taki, który nie anihiluje adresata
- przeszłam absolutnie najlepsze doświadczenie psychoterapeutyczne, jakie miałam w życiu - 3miesięczny pobyt na psychiatrycznym oddziale szpitalnym to było czyste złoto i jeśli ktoś szuka w Warszawie porządnego leczenia zaburzeń nerwicowych na NFZ i nie za sto lat to służę poleceniem
- diagnoza neuroatypowości - bo stan, w którym byłam sprawił, że prześwietliłam sobie łeb testami pod kątem psychiatrycznym jak nigdy dotąd
- septo- i conchoplastyka (wciąż jestem w rekonwalescencji) - bo poziomy energii miałam tak niskie, że zaczęłam szukać absolutnie wszędzie przyczyn, dla których jedyne co czuję to przewlekłe zmęczenie, no to teraz będę znacznie lepiej dotleniona
- zawalczyłam o siebie na gruncie trwających od kilkudziesięciu lat naruszeń mojego wizerunku, które wcześniej pokornie akceptowałam
- rozwinęłam działalność wolontariacką, bo trzeba było znaleźć jednak sposób na pozostanie w aktywnościach, które kocham, robią mi dobrze i wspierają innych w taki sposób, by to było legalne na psychiatrycznym zwolnieniu lekarskim
- dojrzałam w decyzji do podjęcia wyzwania, o którym marzyłam 20 lat - nie będę w tej chwili jeszcze ujawniać o co chodzi, ale wyrodziłam w tym czasie ogromną zmianę życiową, jeszcze będę o niej pisać
- wzrost miał miejsce także na gruncie związku, bo bycie razem w szambie może się skończyć na dwa sposoby tylko - albo sieknięciem tego razem i poradzeniem sobie, albo kryzysem w relacji z rozpadem włącznie. Sieknęliśmy to i może nawet dotarło już do mojego zakutego łba, że nie jestem na świecie sama z problemami i mam wsparcie. To, że związki są od tego, żeby było wsparcie nie jest dla mnie niestety oczywiste i dopiero się tego uczę.
- chyba po raz pierwszy od śmierci mojej Mamy święta nie były tak koszmarnie trudne. Jakoś w tym wszystkim znalazłam jeszcze przestrzeń na to, by podejść do żałoby inaczej, niż przez ostatnie 10 lat. Wcześniej nieważne jak choinka była piękna, że na kolanach siedziała moja długo wyczekiwana córka i stworzyłam cudowną atmosferę świętowania - w środku byłam zdruzgotana.
Z miejsca spokoju, odpoczynku życzę Wam zatem na nowy rok nie samego dobrego, ale wszystkiego tego, co pozwala przetrwać trudny czas.
Dobrych i stabilnych więzi - bo naprawdę nie trzeba tego wszystkiego robić samemu.
Rezyliencji i szerokiego okna tolerancji na stres - bo życie w pewnym momencie rzuci w Was kupą i absolutnie będziecie tego potrzebować.
Umiejętności regulacji własnego układu nerwowego - bo nawet pływając w szambie da radę znaleźć miejsce na trochę bardziej świadomy wdech i wydech i czułość wobec siebie.
Wglądu w emocje i umiejętności bycia w nich - zwłaszcza w tych, w których za żadne skarby świata być nie chcemy - bo tego się uniknąć nie da, więc dobrze umieć być w nich na własnych warunkach.
Poza tym ciepłego i puchatego kota na kolanach, gorącego napoju i koca.
Sztuki, muzyki - bo tam zawsze znajdzie się jakiś kawałek piękna czy wzruszenia, a bez tego ani rusz i nikt nie przekona mnie, że są to elementy współcześnie zbędne i nieprzydatne już do niczego.
No i uważności. Cokolwiek się nie dzieje - bądź w tym. Przeżywaj to i doświadczaj w każdej minucie, świadomie.
Bo to jest życie. A ja uparcie kocham życie.