15/07/2026
40 lat fedrowania.
Właśnie stuknęła mi okrągła czterdziesta rocznica bycia praktykującym psychologiem i psychoterapeutą. Bardziej niż zmęczenie (na to przyjdzie jeszcze czas 🤣bo czuję się bardziej w połowie niż na końcu drogi) czuje radość i dumę, że mogłam przez tak długi czas pomagać ludziom. Każdy pacjent, klient, podopieczny, student przynosi mi nowe doświadczenia, które zebrane pozwalają lepiej służyć potrzebującym. Psycholog jest często porównywany do różnych ludzi, przedmiotów i zjawisk. Na przykład do detektywa, bo szuka ukrytych wzorców i motywów działania pacjenta. Albo do tłumacza, bo przekłada emocje na słowa i to pozwala zrozumieć siebie. Bywa też nazywany chirurgiem duszy, bo wycina to, co chore, ale stara się nie uszkodzić zdrowej tkanki. Może być ogrodnikiem, bo nie wyrywa, ale przycina i pileęgnuje niesforne pnącza. Jest też często trenerem - przygotowuje pacjenta do życiowych meczy. Niektórzy porównują psychologa do latarni morskiej albo kompasu. Wskazuje kierunek i bezpieczną drogę. Może też być lustrem, które pokażę to, czego człowiek na co dzień nie zauważa. Dla niektórych będzie bezpieczną przystanią bez oceniania, wartościowania, wymagania i presji. Dla innych to naukowiec, który tworzy przestrzeń do eksperymentów i poznawania siebie przez pacjenta. I wreszcie bya spowiednikiem, choć bez rozgrzeszania - wysłuchuje ale nie ocenia i nie zwalnia z odpowiedzialności.
Porównałabym współczesnego psychologa do… górnika.
Schodzi w głąb umysłu, tam gdzie może być ciemno, ciasno i niebezpiecznie. Do wspomnień z dzieciństwa, wypartych traum, nieuświadomionych wzorców. Przez większość czasu pracuje z tym, czego pacjent sam nie potrafi zobaczyć “w ciemności”. Mierzy się z nieświadomością, z zaprzeczeniem, z tym, co zostało zakopane przez lata ukrywania się za bezpiecznymi warstwami i złogami. Doświadczony górnik wie, gdzie stuknąć kilofem. Dobry psycholog nie zadaje pytań przypadkowo. Wie, kiedy milczeć, a kiedy drążyć.
Węgiel, złoto, miedź często leżą przykryte tonami skał. Człowiek przychodzący na terapię też często przychodzi jak głaz, z twardą skorupą na wierzchu, z bólem, z chaosem. Zadaniem psychologa jest cierpliwe odsłanianie warstwa po warstwie tego, co w tym człowieku jest wartościowe, zdrowe, autentyczne. Górnik nie boi się brudu. Psycholog też nie może się bać kontaktu z tym, co ciężkie: z przemocą, ze wstydem, z myślami samobójczymi, z sekretami, których pacjent nie powiedział nikomu.
W kopalni każdy nowy korytarz musi być odpowiednio zabezpieczony, stemplowany, żeby strop nie runął. W terapii odpowiednikiem stempli jest relacja terapeutyczna i bezpieczna przestrzeń. Zanim psycholog zacznie drążyć głębiej, musi upewnić się, że pacjent nie załamie się pod ciężarem wydobytych treści.
Żaden projekt górniczy nie przebiega dokładnie według planu. Natrafia się na nieoczekiwane skały, pustki, wodę. Terapia też. Psycholog planuje, ale musi być gotowy na to, że pacjent przyniesie coś zupełnie innego niż wcześniej. i że to, co wydawało się głównym problemem, jest tylko kolejną warstwą.
W kopalni najlepiej pracuje się w zespole, na wszelki wypadek. W terapii są odpowiedniki: sieć wsparcia, interdyscyplinarne zespoły, psychiatria w tle, interwencja kryzysowa w pogotowiu. Dobry psycholog wie, kiedy wezwać pomoc i nie pracuje jak samotny bohater.
Dobry psycholog wie, że każde złoże ma ograniczoną pojemność. Niektóre kopalnie w końcu się zamykają. W terapii też jest moment zakończenia, gdy pacjent osiągnął to, po co przyszedł, gdy nauczył się drążyć i odkrywać samodzielnie.
Z taką myślą wspominam dziś moją rocznicową drogę zawodową. Rozpoczęła się we Wrocławiu, w miejscu szczególnym dla psychologii. Nad moim instytutem krążyły myśli ludzi, którzy tworzyli fundamenty tej nauki: Wiliama Sterna, Edyty Stein, Kurta Goldsteina i Mieczysława Kreuza. Tam uczyłam się myślenia o człowieku nie tylko przez pryzmat teorii, diagnozy i metod badawczych, ale przede wszystkim przez uważność na jego historię, cierpienie, relacje, możliwości rozwoju i potrzebę godności.
Szczególnie ważne były dla mnie idee obecne w dorobku wrocławskich mistrzów: holistyczne i podmiotowe spojrzenie na człowieka, uważność na indywidualne potrzeby i doświadczenia człowieka, odpowiedzialność za słowo i diagnozę, a także przekonanie, że wiedza psychologiczna powinna pomagać w realnych sytuacjach w chorobie, kryzysie, rodzinie, pracy, edukacji i codziennych wyborach. Bliskie jest mi humanistyczne podejście mojego promotora prof. Mariana Kulczyckiego, który psychologię kliniczną i psychologię zdrowia rozumiał jako pracę blisko pacjenta, z szacunkiem dla jego niepowtarzalnego doświadczenia. To rozmowy z nim wracają w mojej pracy w klinice, w której pomagamy pacjentom, w Fundacji STOMAlife, czy podczas szkoleń z medykami. Kolejny wybitny uczony to prof. Wiesław Łukaszewski i jego poznawcza koncepcja osobowości i analiza lęku przed śmiercią wpłynęły na moje rozumienie siebie, po to by lepiej rozumieć innych. Nieustająco sięgam do myśli prof. Marii Straś Romanowskiej i jej “Psychologii wartości”, bo bez systemu wartości jesteśmy pustką. Byli jeszcze profesorowie Dariusz Doliński, Michał Dębek, Czesław Nosal i wielu innych. Każde z nich wpłynęło na to jaką jestem dziś psycholożką.
Przez czterdzieści lat pracy jako psycholożka, psychoterapeutka, wykładowczyni, autorka i działaczka społeczna staram się rozwijać właśnie tak rozumianą psychologię: zakorzenioną w nauce, ale otwartą na człowieka; odpowiedzialną, ale empatyczną; profesjonalną, ale czułą na kontekst życia. Pracuję z osobami w kryzysie, pacjentami, rodzinami, zespołami medycznymi, studentami, organizacjami i społecznościami pacjenckimi. Każde z tych spotkań przypomina mi, że psychologia nie jest nauką oderwaną od życia, ale sposobem towarzyszenia człowiekowi w zmianie.
Dziś, po czterdziestu latach, moje psychologiczne credo brzmi: widzieć w człowieku więcej niż objaw, więcej niż diagnozę i więcej niż chwilową trudność. By wspierać rozwój, sprawczość, zdrowie i godność. I by pamiętać, że dobra psychologia zaczyna się od uważnego spotkania z drugim człowiekiem.
Nie pamiętam wszystkich przypadków, diagnoz ani metod. Ale pamiętam niektóre twarze pacjentów, klientów, uczniów w chwili, gdy po raz pierwszy nazywali to, co dotąd nosili w sobie i co czasem ich uwierało. To są te chwile, dla których warto było przez czterdzieści lat zakładać “górniczy” kask i schodzić w dół. Czterdzieści lat to dużo korytarzy. Część z nich była ślepa, część prowadziła tam, gdzie się nie spodziewałam. Nauczyłam się, że pośpiech “w kopalni” jest niebezpieczny. Że niektóre “złoża” wymagają tygodni, zanim ujawnią, co w sobie kryją. Że cisza bywa ważniejsza niż pytanie. I że czasem największym osiągnięciem jest to, że ktoś wychodzi z gabinetu z własną lampą w ręku. I już nie potrzebuje mojej.