21/08/2026
Mam słabość do Muminków.
I z Mamą Muminka mam historię trochę dłuższą, niż mogłoby się wydawać.
Ponad 30 lat temu pisałam maturę na temat związany z motywem matki w literaturze. Dokładnego brzmienia już nie pamiętam.
Pamiętam za to, że jedną z postaci, o których pisałam, była właśnie Mama Muminka.
Ta z torebką.
Od naleśników z konfiturą malinową, suchych skarpetek i miejsca dla kolejnych osób, które pojawiały się w domu.
Chyba już wtedy widziałam w niej coś więcej niż tylko ciepłą, troskliwą mamę.
Lubię to, że przy niej nie wszystko musi być poukładane.
Można się bać.
Można wpaść w kłopoty.
Można nie wiedzieć, co dalej.
A ona jest obok. Wspiera, kiedy trzeba, ale też daje przestrzeń.
Nie chodzi mi przy tym o idealną matkę.
Bardziej o taką, przy której nie trzeba cały czas uważać, żeby jej nie zawieść.
I jest jeszcze scena z książki "Tatuś Muminka i morze", którą bardzo lubię.
Na wyspie Mama Muminka tęskni za swoim domem i ogrodem. Zaczyna więc malować ogród na ścianie. Innych to ciekawi, trochę dziwi. Mała Mi chce dorysować tam jeża, ale Mama Muminka mówi, że to jej obraz i tylko ona może coś do niego domalować.
Lubię myśleć o tym trochę jak o upominaniu się o kawałek własnego świata.
Bo Mama Muminka nie jest tylko rolą, którą pełni dla innych.
Jest mamą.
Ale nadal jest też sobą.