Przesunąć granicę cienia wspomnieniem

Przesunąć granicę cienia wspomnieniem Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Przesunąć granicę cienia wspomnieniem, Genealog, Warsaw.

Z proponowanych przez FB wybrałam kategorię "genealogia" choć to raczej amatorska próba spisania losów Rodziny w oparciu o wspomnienia własne, bliskich i wyniki poszukiwań.

Na zdjęciach są (być może) w podobnym wieku. Obaj urodzeni 6 kwietnia. Dziadek i Wnuk. Mimo że zbyt krótko się sobą cies...
06/04/2025

Na zdjęciach są (być może) w podobnym wieku. Obaj urodzeni 6 kwietnia. Dziadek i Wnuk. Mimo że zbyt krótko się sobą cieszyli, sporo Ich łączy… gitara, żagle, temperament… i moje dla Nich uczucia…

24 lata temu tuż po 5 rano w mieszkaniu moich rodziców zadzwonił telefon. W odpowiedzi na zaspane „Halo?”, Tata usłyszał kwilenie noworodka. Nie wiem, co wówczas czuł, ale gdy przyjechali z Mamą do nas do szpitala, uśmiechał się, jak tylko uśmiechać się można pełnią szczęścia, ocierał łzy wzruszenia i nie odważył się wziąć wnuka na ręce.

Kochał Go bez pamięci, spędzając z Nim każdą możliwą chwilę przez trzy lata, które dane Im było przeżyć razem. Były wspólne spacery, wspólna „praca” za biurkiem, wspólne drzemki, wspólne wakacje i .... wielkie plany, wizje wypraw i w góry i na Mazury…

Powtórzę Jego życzenia sprzed lat: Niech Ci, Krzysiu „los usuwa troski w cień…”

PRZEDLISTOPADOWE ZADUMKI O IRKUSą takie daty -  symbole, które powinny nas zatrzymać, a tymczasem napędzają. Wróć! To my...
25/10/2024

PRZEDLISTOPADOWE ZADUMKI O IRKU

Są takie daty - symbole, które powinny nas zatrzymać, a tymczasem napędzają. Wróć! To my się napędzamy. Zamiast przysiąść i podumać, zamiatamy, sprzątamy, nabłyszczamy, ustawiamy, planujemy, wściekamy na tłumy, na ceny zniczy i wiązanek, na deszcz, bo zazwyczaj wówczas pada…

Nie lubię tego dnia przez jego komercję, przez toi-tojki pod cmentarnym murem, przez targowisko próżności ze straganami różności, od pajdy chleba ze smalcem za 20zł do wełnianymi czapeczek z Peru, które właśnie tego dnia wydają się sprzedającym i kupującym najważniejsze.

Lubię pójść na cmentarz wieczorem, gdy ciemność rozświetla łuna tysięcy świec, świadczących jednak o pamięci. Tłumy są nadal, ale jakby okolicznościowo bardziej zadumane. Nie szukam wtedy konkretnych grobów, tylko tej refleksji właśnie.

Do „moich” chodzę po to, aby sobie o nich przy nich podumać bez okazji… Irka odwiedziłam już kilka dni temu. Zaglądam do Niego co jakiś czas już od niemal czterech lat, bo w ostatni dzień szkolnych ferii 2020 roku spadła na mnie jak grom informacja, że nagle zniknął. Poczułam wówczas taką niewytłumaczalną potrzebę, aby pożegnać Go słowami. Skleciłam z nich nie kilka, ale kilkadziesiąt zdań i… zatrzymałam w stuporze nad własną arogancją. Kim jestem ja, aby zechciano odczytać moje o Nim „zadumki”? Z racji jego pracy powinno być wiele ważnych osób chętnych do wygłoszenia mowy. Mama przekonała mnie jednak, abym dokończyła to, co nagle poczułam jako powinność. „Będziesz żałowała, że zrezygnowałaś”.

Na pogrzebie były tłumy, naprawdę tłumy! Mistrz ceremonii szepnął mi „ To musiał być wspaniały człowiek, bo dawno czegoś takiego nie widziałem”. Na cmentarzu odczytano… tylko moje słowa… Pamiętam czuły gest licealnego kolegi, który uścisnął moje ramię, dając do zrozumienia po pierwszych zdaniach, że wie, kto jest ich autorem.

Oto one, ku ponownemu nad Irkiem zadumaniu:

Droga Rodzino, Mili Przyjaciele, Znajomi i Uczniowie Ireneusza. Szesnaście lat temu w tym samym miejscu żegnałam mojego Tatę. Też miał tylko 58 lat. Wtedy również zebrały się tłumy, ale w tamtej chwili nie byłam świadoma tego, co oznacza taka liczba przybyłych osób. Chciałabym teraz przekazać, zwłaszcza Żonie i Córkom Irka, to, co uświadomiłam sobie po jakimś czasie…

Rozejrzycie się dookoła … Odwróćcie i zobaczcie … ILE nas tutaj jest! Każda z tych osób to odrębny fragment historii Irka… Każdy z nas to inny rozdział historii, którą pisał swoim życiem… To inne wspomnienia… różne doświadczenia… studenckie przygody… długie rozmowy… ciekawe wykłady… wesołe i smutne chwile… duma ze zdanego egzaminu… sukces wydanej książki… praca nad audycją radiową… spory o oceny uczniów podczas rady pedagogicznej… wyjazdy, wakacje…

Jeśli teraz połączymy te fragmenty … tę mnogość różnych wspomnień, które przywołujemy sobie w tej chwili… to powstanie WIELKA historia Człowieka, który był wielki … nie sławą i zaszczytami … ale pozytywną energią, życzliwością i wyjątkowością, która kazała nam dzisiaj tutaj być… Pani Marzeno… Julio… Natalio… Piękna i bogata historia Irka… jak widzicie po tłumie zgromadzonych… ma wiele rozdziałów, ale TO WY byłyście najważniejszą jej częścią.

Mój mały fragment jest dla mnie dość symboliczny, bo spina klamrą historię Irka – Nauczyciela. Pierwsza Jego praca po studiach to nauczanie historii w żoliborskim liceum. Trafił do nas w czwartej klasie… Nikt, kogo uczył, nie będzie zdziwiony, gdy wspomnę, że biegał po ławkach wymachując czerwoną flagą podczas lekcji o Rewolucji Październikowej, wypełniając całą salę swym tubalnym głosem… To przez Niego zdawałam na wydział historii na uniwerku… Mimo że uczył nas TYLKO rok … oczarował do tego stopnia… że dzisiaj jest ze mną kilkanaście osób z naszego rocznika. Przez długie lata byliśmy w kontakcie, a w maju mieliśmy razem z Irkiem świętować 30lecie matury.

We wrześniu tego roku mój Syn rozpoczął naukę w liceum na Ursynowie, gdzie uczył teraz Irek… To między innymi dla Niego wybraliśmy tę szkołę… Życzyłam Synowi, aby jak ja, poznał Nauczyciela przez duże N… takiego, którego zapamiętuje się na lata… z którym chce się być w kontakcie, bo TAKICH Nauczycieli jest już niewielu…

Byłam w pierwszej klasie, w której uczył Irek… a mój Syn w ostatniej… I nagle… wszystko stało się przeszłością, historią bez kolejnego rozdziału… bo … Ktoś tutaj był i był… a potem nagle zniknął… i uporczywie go nie ma.

Żegnaj, Irku.

DZIEWCZYNKA NA HUŚTAWCE„… Tylu ich Gestapo złapało… On był moim chrzestnym, byliśmy blisko… Zanim go wywieźli, był w mie...
18/10/2024

DZIEWCZYNKA NA HUŚTAWCE

„… Tylu ich Gestapo złapało… On był moim chrzestnym, byliśmy blisko… Zanim go wywieźli, był w miejscowym areszcie w Limanowej… Poszłam pod budynek… Pomyślałam, że może go zobaczę, porozmawiam, o coś zapytam… Stał w oknie na parterze… Dał mi znać, żebym się nie zbliżała… Nie wiem, jak, ale zrozumiałam to ostrzeżenie… A tam była huśtawka… I ja się huśtałam… i huśtałam… a on stał za tymi kratami i patrzył… i patrzył… Teraz po latach myślę, że to takie surrealistyczne… Ale co ja mogłam wówczas rozumieć? Miałam jedynie jedenaście lat…”

Chrzestny dziewczynki na huśtawce został aresztowany za działalność konspiracyjną na terenie limanowszczyzny w marcu 1941. Spędził ponad trzy miesiące w krakowskim więzieniu przy Montelupich, przewieziony do Auschwitz, po kilku dniach, został stracony podczas egzekucji na żwirowisku. Pracownik obozowego muzeum na pytanie, dlaczego nie wykorzystano mężczyzn z tego transportu do pracy odparł „ Oni zostali w Krakowie tak skatowani, że do Auschwitz przyjechali niemal martwi”. 3 lipca 1941 roku szedł na stracenie ze świadomością, że trzy z jego córek, wnuczka i zięć zostali wywiezieni w głąb Rosji w nieznane, a żona i pozostała dwójka dzieci będą represjonowane przez Gestapo.

Dziewczynka na huśtawce była prawdopodobnie ostatnią osobą z rodziny, która widziała Go żywego… A kim są Oni oboje dla mnie?

On to Edward, mój pradziadek. Dziewczynka to Danuta, siostrzenica jego żony Matyldy, (Babci mojego Taty), ostatnia z tego pokolenia, cudowna, ciepła, elegancka pani lat 95, którą poznałam, a właściwie odzyskałam rok temu. Nie wiedziałam o Jej istnieniu. Rodzina z jakiś powodów nie utrzymywała kontaktów przez te wszystkie lata. Po raz pierwszy w obcym domu, przy obcej osobie…. nie czułam się obco… „Nie mów do mnie ‘pani’… Mów mi po prostu ‘babciu’” usłyszałam…

Odwiedziłam ją ponownie w zeszłym tygodniu… Długa serdeczna rozmowa. Bystry umysł, dobra pamięć, delikatność, klasa… i nagle ta opowieść, ten krótki epizod sprzed ponad 80 lat.... Słuchałam, wilgotnymi oczami wpatrując się w Jej piękną twarz, ale jej nie widziałam. Widziałam to, co musiałam potem wyrzucić z siebie w postaci obrazu. Dopiero dziś jestem gotowa na spisanie moich emocji związanych z tym, co usłyszałam.

W komentarzu link do historii Edwarda, którą opowieść Danusi jedynie uzupełnia.

ANBAGROL - o żeglarstwie (i nie tylko) część II(jeśli nie znasz części I, zapraszam do poprzedniego wpisu)⛵️ Moim Synom ...
14/10/2024

ANBAGROL - o żeglarstwie (i nie tylko) część II
(jeśli nie znasz części I, zapraszam do poprzedniego wpisu)

⛵️ Moim Synom chciałam pokazać jak najwięcej, aby umieli sami wybrać, co lubią, a czego nie z tego, czego doświadczyli. Były więc wyjścia do muzeum, do opery, na koncert, balet... Były narty, judo, basen… i dziesięć lat temu pierwszy obóz żeglarski. Po wakacjach jeszcze przez kilka weekendów woziłam ich nad wodę, aby nie zapomnieli, polubili. Sama nawet wcisnęłam się w łupinkę zwaną optymistem. I potem… jak Dziadek, co roku jeździli na Mazury. Żeglowali, zrobili patenty (w Kamieniu na Bełdanach, tym samym, do którego jeździłam za dziecka z Tatą), potem papiery instruktorskie. Starszy popłynął w morski rejs na Pogorii, a przygoda na żaglowcu tego typu była niezrealizowanym marzeniem mojego Taty. Nie wiem, czy wiatr i woda pozostaną na zawsze pasją moich Synów. To ich wybory. Wiem jednak, że załapali, polubili tak, jak moje o ich Dziadku mazurskie, i nie tylko, opowieści.

⛵️ Tego lata, po raz pierwszy od choroby i śmierci Taty w 2004 roku, na jacht wybrała się i moja Mama. Chłopcy pokazali Babci, co potrafią, a Ona tak bardzo się cieszyła. Z sobie tylko znanych powodów powiedziała jednak, że już więcej nie będzie pływać. Ma 78 lat. Może nie czuć się w formie, może też... nie chce tak bardzo wracać do wspomnień.

⛵️ Brakowało mi Mazur... wyzwań szkwałów, dreszczyku dużych przechyłów i tej wieczornej, cichej flauty o zachodzie słońca przy spływaniu do portu. Ciągle jednak było coś, inne priorytety, może lekka obawa, z pewnością brak żeglującego towarzystwa. Lata mijały.

⛵️ W tym roku zdecydowałam się na coś dla mnie nietypowego: rejs z obcymi mi osobami. Wyszłam z własnej strefy komfortu, a weszłam na nieduży jacht pełen nieznanych mi, ale silnych osobowości. To była także przygoda sentymentalna, bo - naturalnie - pewne sytuacje, pewne chwile przypominały mi o dawnych czasach na wodzie, z Tatą. Tylko tydzień, a wystarczyło, aby odżyła przyjemność sprzed trzydziestu lat. Wszystko dzięki magii Mazur, żagli, ale i załogi, na którą trafiłam. We wrześniu wróciłam z drugiego już rejsu z tymi wspaniałymi kobietami. Wiem, mam nadzieję, że będą kolejne.

⛵️ Nie odpuszczę żeglowania. Na jachcie poznałam nową siebie, która bardzo mi się podoba. Teraz każdy dzień to jeden dzień mniej i warto dbać o to, na czym nam zależy. Mój Tata nie rezygnował, do końca. Wiedział, zanim Anna Maria Jopek pięknie zaśpiewała, że „(...) życie przecież po to jest, żeby pożyć, by spytać siebie, mieć, czy być (...)”.

ANBAGROL – o żeglarstwie (i nie tylko) część I.Jednego nie można o moim Tacie powiedzieć – że był nijaki. Są ludzie, któ...
19/09/2024

ANBAGROL – o żeglarstwie (i nie tylko) część I.

Jednego nie można o moim Tacie powiedzieć – że był nijaki. Są ludzie, których braku nie odczulibyśmy, skupieni na sobie, nieprzeszkadzający, ale też i w żaden sposób nie intrygujący. On był ich przeciwieństwem. Można go było lubić, lub nie, ale nie można było przejść obok obojętnie. Bo kochał życie, bo potrafił się nim zachwycać, bo zapalał się, bo eksperymentował, bo pokonywał przeszkody, bo żył z pasją.

⛵️„To było chyba w połowie lat sześćdziesiątych. Przyjechałam z narzeczonym do Warszawy na jakąś wystawę i odwiedziliśmy Andrzeja. Imponowało mi, że mieszkał sam. Wiesz, w tym budynku przy Świerczewskiego, obok przesuwanego kościoła. Pamiętam, że byłam zazdrosna o to, że narzeczony tyle czasu z nim spędzał. Umiał ciekawie opowiadać i miał tam sterty tych magazynów. Oglądali i długo dyskutowali, a ja się nudziłam. Już wiem. To był magazyn „Żagle”. To słowa dalekiej kuzynki Taty, którą poznałam podczas moich poszukiwań genealogicznych

⛵️ Tak, żeglarstwo było jego „kochaniem”, które pielęgnował, pływając na czym się tylko dało w siermiężnych mazurskich ośrodkach FWP, dokąd jeździliśmy na wakacje. Okazało się także pasją, bo w trudnych latach osiemdziesiątych dopiął swego i wybudował jacht. Najpierw zdobył projekt i surowy kadłub. Potem nastąpił długi czas „załatwiania” sklejki, żywic, okuć… i mozolna praca. Przez dwa lata każdą wolną chwilę spędzał w Porcie Praskim, gdzie wycinał, szlifował, lakierował, montował… Aż powstał ANBAGROL. Akronim od ANdrzej, BArbara, GRażyna, OLga. Rodzina, jego największa miłość.

⛵️Jesienią zeszłego roku, poznawszy inną daleką kuzynkę Taty, pojechałam z wizytą do Krakowa, gdzie poznałam jej 94 letnią mamę, ostatnią żyjącą córkę siostry mojej prababci Matyldy. Opowiedziała mi, jak jej mąż wybudował tratwę, którą popłynął Wisłą z Warszawy do Kazimierza… Dlaczego o tym wspominam? Bo jak przez mgłę przypominam sobie opowieść Taty o tym, że jako dzieciak budował z kimś tratwę i że popłynęli nią do Kazimierza! Kto wie, może to właśnie Bogusław zaszczepił w moim Tacie miłość do wody…

⛵️I jak pamiętam, wakacje spędzaliśmy nad wodą, potem już na ANBAGROLu, do którego Tata zbudował przyczepkę, żeby wozić go na Bełdany. Nieważna pogoda, przedburzowy wiatr, flauta, słońce, czy deszcz. Każda noc w innym miejscu, nurkujące w blasku zachodzącego słońca perkozy, szum tataraków. I treningi manewrów. Potrafiliśmy w pełnym biegu zrzucić maszt i przepłynąć pod mostem w Mikołajkach, stawiając go w moment po drugiej stronie. (Kto żeglował, zrozumie.) Nauki jednego z manewrów chyba Tata żałował, bo spodobał się on bardzo mojej siostrze. Z upodobaniem wskakiwała nagle do wody, krzycząc „człowiek za burtą!”, co – naturalnie- wzbudzało zainteresowanie i zaniepokojenie przepływających jachtów.

⛵️Wydoroślałam, zaczęłam inaczej spędzać wakacje. On pływał dalej, z Mamą, z przyjaciółmi, z naszym psem. Co roku. Aż nagle spadła na nas diagnoza. Operacja, chemia… Nie potrafię sobie wyobrazić, co czuł, gdy sprzedawał ANBAGROLa, wówczas tym bardziej, symbol wolności i wielkiej pasji. Walczył przez rok z całych sił, jak z dziesiątką w skali Beauforta. Ostatni rejs odbył nie pod żaglami, ale na statku turystycznym na Zegrzu, z moim synkiem na kolanach. Potem ze szpitala słał smsy z krótkimi fraszkami o przygodach, jakie czekają ich obu na wodzie. Zmarł w 2004 roku, gdy Krzyś miał trzy latka.

Część II już niebawem.

Adres

Warsaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Przesunąć granicę cienia wspomnieniem umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij

Kategoria