Aleksandra Rydel Psycholog

Aleksandra Rydel Psycholog Psycholog i psychotraumatolog. O psychologii, relacjach i psychoterapii – bez prostych odpowiedzi.

🌿 Założycielka Pracowni Wglądu

wglad.com

Na tej grafice jest wypowiedź lekarza psychiatry. Zwróciła moją uwagę przede wszystkim dlatego, że przypomina o czymś, c...
10/09/2026

Na tej grafice jest wypowiedź lekarza psychiatry. Zwróciła moją uwagę przede wszystkim dlatego, że przypomina o czymś, co czasem gubi się, kiedy objawy zaczynają ustępować.

Farmakoterapia potrafi być bardzo skuteczna. W wielu zaburzeniach jest wręcz podstawą leczenia; choćby w schizofrenii i innych zaburzeniach psychotycznych czy w chorobie afektywnej dwubiegunowej, szczególnie w epizodach manii. W ciężkich epizodach depresji również może być bardzo ważnym elementem leczenia.

Dobrze, że mamy leki, które potrafią zmniejszyć cierpienie, ustabilizować nastrój, wyciszyć objawy psychotyczne, a w efekcie pozwolić człowiekowi wrócić do codziennego funkcjonowania.

Warto jednak pamiętać, że sama farmakoterapia nie zawsze jest prostą drogą. Dobór odpowiedniego leku i dawki bywa procesem. Czasem potrzeba kilku prób, czasu i uważnej obserwacji zarówno poprawy, jak i działań niepożądanych. Niezmiernie ważna jest regularna współpraca z psychiatrą.

Jednak czasem wraz z poprawą pojawia się bardzo zrozumiała myśl:

„Skoro jest mi lepiej, to chyba nie potrzebuję już psychoterapii.”

I właśnie tutaj warto się na chwilę zatrzymać, bo lepiej nie zawsze znaczy: wszystko, co było pod spodem, zniknęło.

Jeśli przez lata reaguję lękiem na bliskość, nie ufam ludziom, przeżywam siebie jako niewystarczającego, wciąż wybieram podobne relacje, nie potrafię stawiać granic albo noszę w sobie doświadczenia, których do dziś nie umiem przeżyć inaczej — samo zmniejszenie napięcia za pomocą leków nie musi tego zmienić.

Leki nie przeprowadzą za nas rozmowy, której od lat unikamy. Nie pomogą zrozumieć, dlaczego pewne sytuacje tak mocno nas uruchamiają. Nie zmienią automatycznie sposobu, w jaki budujemy relacje albo tego, co myślimy o sobie.

To nie jest argument przeciwko farmakoterapii. Czasem właśnie dzięki niej człowiek po raz pierwszy ma wystarczająco dużo stabilności, żeby móc zacząć pracować nad tym, co wcześniej było zbyt trudne.

Tylko dobrze pamiętać, że zmniejszenie objawu i przepracowanie problemu to nie zawsze to samo.

Czasem ulga jest końcem kryzysu, a czasem dopiero początkiem pracy nad tym, co przez długi czas bolało.

08/09/2026
Od dawna interesuje mnie to, co dzieje się z doświadczeniami, które teoretycznie należą już do przeszłości, a jednak wca...
05/09/2026

Od dawna interesuje mnie to, co dzieje się z doświadczeniami, które teoretycznie należą już do przeszłości, a jednak wcale nie czujemy, jakby naprawdę się skończyły.

Czasem wystarczy podobna sytuacja, czyjś ton głosu, gest albo jedno zdanie i nagle wraca napięcie, lęk, wstyd czy poczucie zagrożenia. Rozum podpowiada, że „to przecież nie jest tamta sytuacja”, ale emocje reagują inaczej.

Razem z nimi potrafią wrócić też stare przekonania o sobie: że to moja wina, że nie mam wpływu, że nie jestem wystarczająco dobra, że nie mogę ufać.

I właśnie dlatego zaczęłam szkolenie w terapii EMDR.

EMDR najczęściej kojarzone jest z leczeniem PTSD i pracą z doświadczeniami traumatycznymi. Jest też jedną z metod rekomendowanych przez WHO w terapii PTSD.

To, co szczególnie mnie w nim interesuje, to możliwość pracy z tym, co mimo upływu czasu nadal jest emocjonalnie bardzo żywe.

Nie chodzi o wymazanie wspomnień ani o zapomnienie tego, co się wydarzyło. Bardziej o to, żeby przeszłe doświadczenie mogło rzeczywiście znaleźć swoje miejsce w przeszłości i nie wracało za każdym razem z taką samą siłą.

Zaczynam więc kolejny etap szkolenia i jestem bardzo ciekawa tego, co wniesie do mojej pracy z osobami po trudnych i traumatycznych doświadczeniach.

„Nasza przeszłość jest obecna w naszej teraźniejszości”.To zdanie Francine Shapiro z książki "Zostawić przeszłość w prze...
03/09/2026

„Nasza przeszłość jest obecna w naszej teraźniejszości”.

To zdanie Francine Shapiro z książki "Zostawić przeszłość w przeszłości" przemówiło do mnie mocno chyba dlatego, że bardzo dobrze opisuje coś, co widzę również w psychoterapii psychodynamicznej.

Od czasu do czasu słyszę w gabinecie pytanie mniej więcej takie:
„Ale przecież ja już wiem, dlaczego tak robię. Wiem, że to mój schemat. Wiem, skąd się wziął. Więc dlaczego znowu zachowałam się dokładnie tak samo?”

Bardzo dobrze rozumiem frustrację, która za tym stoi.

Często wydaje nam się, że skoro coś zrozumieliśmy, powinniśmy już umieć zrobić inaczej.

Wiemy, że czyjeś milczenie nie oznacza od razu odrzucenia. Wiemy, że jedna krytyczna uwaga nie oznacza, że jesteśmy beznadziejni. Wiemy, że nie musimy wszystkiego robić sami. Wiemy nawet, że kiedy ktoś staje się dla nas ważny, możemy zacząć się wycofywać właśnie dlatego, że ta bliskość zaczyna coś w nas uruchamiać.

A potem przychodzi konkretna sytuacja i cała ta wiedza gdzieś znika.
Znowu interpretujemy ciszę jako odrzucenie. Znowu się wycofujemy, zanim ktoś zdąży nas zranić. Znowu próbujemy zasłużyć na czyjąś uwagę. Znowu reagujemy dużo mocniej, niż sami uważamy za uzasadnione. I dopiero po wszystkim myślimy: przecież ja to znam.

Właśnie dlatego wgląd jest dla mnie początkiem, a nie końcem pracy.
Można świetnie rozumieć własną historię, a jednocześnie nadal przeżywać teraźniejszość trochę tak, jakby dawne doświadczenia wciąż trwały. Bo nie wszystko, czego nauczyliśmy się o sobie i innych, istnieje w postaci świadomych przekonań, które możemy po prostu zmienić decyzją.

Duża część tej historii żyje w naszych automatycznych reakcjach. W tym, czego się spodziewamy po innych. W tym, jak szybko czujemy zagrożenie. W tym, jak blisko pozwalamy komuś podejść i co robimy, kiedy zaczyna nam naprawdę zależeć.

Waśnie dlatego tak bardzo podoba mi się zdanie Shapiro.
Przeszłość nie musi być czymś, o czym codziennie pamiętamy, żeby nadal wpływała na nasze życie.

W psychoterapii próbujemy ją zobaczyć nie po to, żeby bez końca do niej wracać, ale żeby coraz częściej rozpoznawać moment, w którym to, co było, zaczyna organizować to, co jest.

Najpierw zazwyczaj zauważamy to po fakcie.
Potem może już wtedy, gdy dochodzi do głosu.
A czasem w końcu pojawia się ta krótka chwila przed, kiedy można jeszcze wybrać coś innego.

Wydaje mi się, że właśnie na tym między innymi polega zostawianie przeszłości w przeszłości. Nie na zapomnieniu jej, tylko na tym, że nie musi już za każdym razem decydować za nas. Wyświetl mniej

Początek początku.Dzisiaj odebrałam klucze do własnego gabinetu.Na razie są tu puste ściany, surowa podłoga i dużo wyobr...
31/08/2026

Początek początku.
Dzisiaj odebrałam klucze do własnego gabinetu.
Na razie są tu puste ściany, surowa podłoga i dużo wyobraźni potrzebnej, żeby zobaczyć to, co będzie za jakiś czas.
Ale chyba właśnie takie momenty lubię najbardziej. Kiedy jeszcze prawie nic nie jest gotowe, a jednocześnie coś już naprawdę się zaczęło.
Przez długi czas to było „kiedyś”. Pomysł, plan, kolejne decyzje, liczenie, zmienianie koncepcji i układanie wszystkiego po kawałku.
Dzisiaj po raz pierwszy mogłam po prostu otworzyć drzwi własnym kluczem.
I wtedy dotarło do mnie, że to „kiedyś” właśnie się skończyło.
Jeszcze sporo przede mną.
Ale klucze już są.
I to naprawdę jest początek początku. ❤️

Początek początku.Dzisiaj odebrałam klucze do własnego gabinetu.Na razie są tu białe ściany, pusta podłoga i sporo wyobr...
31/08/2026

Początek początku.

Dzisiaj odebrałam klucze do własnego gabinetu.
Na razie są tu białe ściany, pusta podłoga i sporo wyobraźni potrzebnej, żeby zobaczyć to, co będzie za jakiś czas.

A ja chyba właśnie takie momenty lubię najbardziej. Kiedy jeszcze nic nie jest gotowe, ale coś już naprawdę się zaczęło.

Pracownia Wglądu przez długi czas była najpierw pomysłem. Potem planem. Kolejnymi decyzjami, liczeniem, zastanawianiem się, czy to dobry moment, zmienianiem koncepcji i powolnym układaniem wszystkiego w całość.

Dzisiaj po raz pierwszy mogłam po prostu otworzyć drzwi własnym kluczem.

I chyba dopiero wtedy dotarło do mnie, że to już nie jest „kiedyś”.

Jeszcze trochę pracy przede mną, zanim to puste pomieszczenie stanie się miejscem, w którym będzie można usiąść, zamknąć drzwi i spokojnie porozmawiać.

Ale klucze już są.

I to jest początek początku.

Mam wrażenie, że czasem przeceniamy sam moment wglądu.To ważne, kiedy nagle zaczynamy widzieć coś wyraźniej. Łączymy fak...
24/08/2026

Mam wrażenie, że czasem przeceniamy sam moment wglądu.

To ważne, kiedy nagle zaczynamy widzieć coś wyraźniej. Łączymy fakty, rozpoznajemy powtarzający się schemat, zaczynamy rozumieć, dlaczego w pewnych sytuacjach wycofujemy się, złościmy, pilnujemy kontroli albo tak trudno nam komuś zaufać.

Tyle że samo rozumienie siebie nie zawsze oznacza, że jesteśmy już blisko tego, co naprawdę boli.

Można bardzo dużo o sobie wiedzieć i jednocześnie bardzo skutecznie chronić to, czego nie chcemy pokazywać nikomu.

Można powiedzieć: „wiem, że boję się odrzucenia”, a jednak nigdy nie powiedzieć bliskiej osobie, jak bardzo jej potrzebujemy. Można rozumieć własną złość, ale nie dopuścić do siebie tego, co się pod nią kryje. Można znać swoje mechanizmy obronne niemal podręcznikowo, a mimo to trzymać innych dokładnie tam, gdzie czujemy się bezpiecznie — wystarczająco blisko, żeby nie być samotnym, ale nie na tyle blisko, żeby naprawdę zostać zobaczonym.

I chyba właśnie tu zaczyna się coś, co nazywam głębią.

Nie chodzi już tylko o to, co o sobie wiem. Bardziej o to, czy jestem w stanie zostać przy tej wiedzy wtedy, kiedy pojawia się ktoś drugi.

Bo niektóre prawdy o nas samych są trudne nie dlatego, że ich nie znamy.

Są trudne dlatego, że wstydzimy się, że ktoś mógłby je zobaczyć.

Potrzebę bycia ważnym. Zazdrość. Lęk przed porzuceniem. Poczucie małości. Zależność. Złość na kogoś, kogo kochamy. Pragnienie, żeby ktoś się nami zajął.

To wszystko może być dużo bardziej zagrażające niż samo powiedzenie: „mam problem z bliskością”.

Przy obronach narcystycznych widać to czasem szczególnie wyraźnie. Człowiek może być bardzo refleksyjny, dużo rozumieć, świetnie opowiadać o sobie — a jednocześnie bardzo uważnie pilnować, czego naprawdę nie pokaże.

Bo bliskość wymaga czegoś trudnego: zgody na to, że nie będziemy mieć pełnej kontroli nad tym, jak zostaniemy zobaczeni.

I dokładnie to samo może wydarzyć się w terapii.

Można mówić dużo. Można być inteligentnym, świadomym, rozumieć interpretacje i trafnie nazywać własne schematy. A jednak przez długi czas nie dopuścić terapeuty do miejsca, które jest najbardziej kruche.

Nie zawsze dlatego, że ktoś „nie chce współpracować”.

Czasem dlatego, że właśnie to miejsce przez wiele lat trzeba było bardzo dobrze chronić.

Dlatego coraz bardziej myślę o wglądzie jako o pierwszym kroku, a nie celu samym w sobie.

Wgląd pozwala zobaczyć.

Głębia zaczyna się wtedy, kiedy nie uciekamy od tego, co zobaczyliśmy — i powoli pozwalamy, żeby ktoś drugi też mógł tam z nami być.

Czasem najważniejszy moment w terapii nie polega więc na odkryciu czegoś zupełnie nowego.

Czasem polega na wypowiedzeniu czegoś, co wiedzieliśmy o sobie od dawna, ale nigdy wcześniej nie powiedzieliśmy tego komuś, kto został.

Źródło zdjęcia: baltyckaglebia.pl

Czasem napięcie między tym, jak żyjemy, a tym, jak naprawdę chcielibyśmy żyć, buduje się latami. Nie zawsze przychodzi w...
20/08/2026

Czasem napięcie między tym, jak żyjemy, a tym, jak naprawdę chcielibyśmy żyć, buduje się latami. Nie zawsze przychodzi wraz z kryzysem, wielką decyzją czy nagłym olśnieniem. Częściej zaczyna się dużo ciszej.

Przecież wszystko działa. Jest praca, codzienność, relacje, obowiązki. Podejmujemy rozsądne decyzje, funkcjonujemy, robimy to, co trzeba. Z zewnątrz często naprawdę trudno wskazać coś, co wymagałoby zmiany.

A jednak gdzieś pod spodem coraz wyraźniej pojawia się poczucie, że coś się nie zgadza.

Z czasem zaczynamy trochę żyć w dwóch światach. W jednym jesteśmy naprawdę: w tym, który znamy, który zbudowaliśmy przez lata i który często jest całkiem dobry. Obok istnieje jednak drugi — wyobrażenie życia, w którym coś wygląda inaczej. Niekoniecznie łatwiej, spokojniej czy wygodniej. Po prostu bardziej zgodnie z tym, czego zaczynamy dla siebie chcieć.

I właśnie wtedy pojawia się pytanie, które brzmi banalnie, ale wcale banalne nie jest:

Czego ja właściwie chcę?

To bywa jedno z najtrudniejszych, a czasem wręcz najbardziej przerażających pytań.

Bo odpowiedź może nie pasować do życia, które zbudowaliśmy. Do pracy, na którą poświęciliśmy wiele lat. Do relacji, która przecież „nie jest zła”. Do oczekiwań innych ludzi, do naszych zobowiązań, a czasem nawet do obrazu siebie, z którym byliśmy związani przez bardzo długi czas.

I kiedy zaczynamy już tę odpowiedź przeczuwać, coraz trudniej udawać, że jej nie ma.

Utrzymywanie tych dwóch światów — tego, w którym jesteśmy, i tego, w którym chcielibyśmy być — zaczyna kosztować coraz więcej energii. Część tej energii zużywamy na pozostawanie w znanym miejscu, a część na odsuwanie od siebie świadomości, że być może chcemy czegoś innego.

Z psychodynamicznej perspektywy właśnie tutaj zaczyna robić się ciekawie, bo taki konflikt często długo pozostaje poza świadomością. Nie myślimy przecież wprost: „jedna część mnie chce zmiany, a druga za wszelką cenę chce utrzymać to, co znane”.

Ten konflikt częściej ujawnia się pośrednio. W narastającym zmęczeniu, irytacji, poczuciu pustki, fantazjach o tym, żeby gdzieś zniknąć, odkładaniu decyzji albo w trudnym do wyjaśnienia poczuciu: „już nie chcę tak dalej”.

I paradoksalnie czasem najtrudniej coś zmienić właśnie wtedy, kiedy wcale nie jest źle.

Bo jeśli jest źle, mamy argumenty. Wiemy, co boli, co nie działa, czego nie możemy już dłużej znosić.

Ale jeśli jest dobrze?

Jest stabilność, bezpieczeństwo, przewidywalność. Są ludzie, których lubimy. Jest pozycja, na którą długo pracowaliśmy. Jest relacja, która może nie jest idealna, ale przecież „nie ma dramatu”.

A mimo to gdzieś w środku pojawia się: nie chcę już tak żyć.

I niemal natychmiast odpowiada mu druga myśl: ale dlaczego? Przecież masz dobrze.

Bo zmiana nigdy nie oznacza wyłącznie zysku. Nawet jeśli prowadzi w stronę czegoś, czego pragniemy, może wiązać się również z utratą: bezpieczeństwa, statusu, przewidywalności, przynależności czy obrazu siebie, który przez lata pomagał nam wiedzieć, kim jesteśmy.

Dlatego lubię czasem zadawać bardzo proste pytanie:

Co byś zrobił, gdybyś jutro wygrał w totolotka i nie musiał już pracować dla pieniędzy?

Nie chodzi mi o dom na Bali, samochód ani listę rzeczy do kupienia.

Bardziej o pierwszą myśl, która pojawia się, zanim zaczniemy ją poprawiać rozsądkiem.

Czy nadal robiłbyś to, co robisz? Jak wyglądałby Twój zwykły dzień? Z kim chciałbyś spędzać więcej czasu? Z czego zrezygnowałbyś bez większego żalu? A co, przeciwnie, chciałbyś zachować nawet wtedy, gdyby pieniądze przestały mieć znaczenie?

To pytanie nie daje gotowej odpowiedzi na to, jak należy żyć. Nie oznacza też, że każdą tęsknotę trzeba natychmiast zamieniać w decyzję, rzucać pracę, kończyć relację czy przewracać całe życie do góry nogami.

Ale potrafi pokazać różnicę między życiem, które jest dobre, a życiem, które czujemy jako własne.

I czasem największym problemem nie jest wcale to, że nie wiemy, czego chcemy.

Bywa nim raczej to, że zaczynamy wiedzieć coraz lepiej — a jednocześnie coraz bardziej boimy się tego, co ta wiedza mogłaby zmienić.

Źródło zdjęcia: atart.com.pl

Czy naprawdę musi być źle, żeby wolno nam było odejść?Podczas wakacji poznałam kobietę, której historia została mi w gło...
16/08/2026

Czy naprawdę musi być źle, żeby wolno nam było odejść?

Podczas wakacji poznałam kobietę, której historia została mi w głowie.

Przez około 20 lat pracowała w korporacji, ostatnio jako manager. Miała doświadczenie, pozycję i stabilne życie zawodowe. A potem zdecydowała, że chce żyć inaczej.

Przeniosła się nad morze i otworzyła pensjonat dla rodzin z psami. Bez dzieci.

Kiedy jej słuchałam, trochę czekałam na moment, który zwykle pojawia się w takich historiach. Toksyczny szef. Konflikt. Wypalenie. Jakieś wydarzenie, po którym można powiedzieć: „No tak, nic dziwnego, że zrezygnowała”.

Tylko że nic takiego się nie wydarzyło.

Nie było też spektakularnego rzucania wypowiedzenia na biurko. Powiedziała szefowi o swoich planach i przez kolejne pół roku przygotowywała oraz szkoliła osobę, która miała ją zastąpić. Jej decyzję wspierał mąż, z którym wspólnie przenieśli się nad morze i nadal tworzą tę samą relację.

To nie była więc historia o rozwodzie, ucieczce od pracy i zaczynaniu całego życia od nowa.

Zmieniła jeden bardzo ważny jego kawałek.

Dzisiaj jej codzienność wygląda zupełnie inaczej. Opowiadała, że kiedyś co miesiąc chodziła do fryzjera. Teraz uważa taki wydatek za zbędny. Szpilki zamieniła na trampki, a sporą część dnia spędza ze swoimi psami, chodząc kilometrami po plaży.

Nie piszę tego jako kolejnej historii pod hasłem „rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady”.

Bo ona nie zamieniła złego życia na dobre. Zamieniła jedno życie zawodowe na inne i przy okazji przewartościowała trochę to, czego od codzienności oczekuje.

Zostawiła rzeczy, które miały realną wartość: pewność dochodów, status, przewidywalność i zawodową pozycję budowaną przez dwie dekady. Prowadzenie pensjonatu też nie jest niekończącymi się wakacjami. Ma swoje koszty, odpowiedzialność i ryzyko.

Ale słuchając jej, zaczęłam się zastanawiać, jak często czekamy, aż wydarzy się coś, co da nam „wystarczający” powód do zmiany.

Jakby „już tego nie chcę” było zbyt słabym argumentem.

I przecież nie dotyczy to wyłącznie kariery.

Podobnie bywa w relacjach. Często zastanawiamy się, czy jest już „wystarczająco źle”, żeby odejść. Szukamy konkretnego wydarzenia, winnego, czegoś, co uzasadni decyzję przed nami samymi i przed innymi.

A czasem nic takiego się nie wydarza.

Można być w relacji, w której nikt nikogo nie krzywdzi, a mimo to odkryć, że już nie chcemy w niej być. Można wykonywać pracę, która obiektywnie jest całkiem dobra, i nie chcieć jej wykonywać dalej.

To, że coś się kończy, nie oznacza automatycznie, że wcześniej było złe.

Dwadzieścia lat kariery nie staje się czasem straconym dlatego, że wybieramy inną drogę. Podobnie relacja, która się kończy, nie musi przez to stawać się pomyłką. Mogła być ważna, dobra i właściwa na wcześniejszym etapie życia.

Być może właśnie takie decyzje są czasem najtrudniejsze. Te, w których nie możemy powiedzieć: „nie miałam wyboru”.

Bo wybór mamy.

A wtedy trzeba samemu uznać, że coś, co nadal może być dobre, nie jest już tym, czego chcemy dla siebie. I zaakceptować, że wybierając coś nowego, często rezygnujemy również z czegoś wartościowego.

Może właśnie dlatego ta wakacyjna historia tak mnie zatrzymała. Nie było w niej katastrofy, po której wszystko trzeba było budować od początku.

Była decyzja, że pewien fragment życia może wyglądać inaczej.

I dlatego wracam do pytania:

Czy naprawdę musi być źle, żeby wolno nam było odejść?

Jedną z rzeczy, które najbardziej fascynują mnie w psychoterapii, jest to, że człowiek może bardzo dobrze rozumieć swój ...
13/08/2026

Jedną z rzeczy, które najbardziej fascynują mnie w psychoterapii, jest to, że człowiek może bardzo dobrze rozumieć swój problem i nadal go powtarzać.

Możemy wiedzieć, że jakaś relacja nas rani, i w niej zostać. Wiedzieć, że bierzemy na siebie za dużo, i przyjąć kolejne zadanie. Obiecywać sobie, że następnym razem postawimy granicę, a kiedy przychodzi właściwy moment, znowu się wycofać.

Potem pojawia się frustracja: „Przecież ja to wszystko wiem. Dlaczego znowu robię dokładnie to samo?”.

Ostatnio wracam przy takich pytaniach do „Psychicznego azylu” Johna Steinera. Bardzo bliska jest mi zawarta tam myśl, że coś, co nas ogranicza, może jednocześnie pełnić funkcję schronienia. Nie musi być w nim dobrze. Czasem jest w nim naprawdę źle. Ale opuszczenie go oznacza spotkanie z czymś, przed czym przez lata nas chronił.

Jeżeli nauczyłam się, że muszę zajmować się wszystkimi dookoła, żeby czuć się potrzebna, troszczenie się o innych może mnie wyczerpywać. Ale kiedy przestanę to robić, może pojawić się znacznie trudniejsze pytanie: „Kim jestem, jeśli nikt mnie nie potrzebuje?”.

Jeżeli przez lata unikałam konfliktów, ciągłe ustępowanie może powodować złość i poczucie krzywdy. Ale pierwsze prawdziwe „nie” może przynieść nie ulgę, tylko lęk: „A co, jeśli teraz mnie odrzucisz?”.

Dlatego wgląd jest tak ważny. Pozwala zobaczyć, że nasze zachowanie nie wzięło się znikąd i że nawet coś, co dzisiaj nas rani, mogło kiedyś pomagać nam sobie z czymś radzić.

Ale wgląd jest tylko początkiem.

Właśnie ta myśl towarzyszyła mi, kiedy powstawała Pracownia Wglądu. Nie chciałam, żeby „wgląd” oznaczał jedynie: „teraz już wiem, dlaczego taki jestem”.

Chodzi o coś więcej.

Zrozumieć. Zobaczyć, czemu służył dotychczasowy sposób funkcjonowania. A później, we własnym tempie, próbować doświadczać siebie i relacji inaczej.

Bo czasem możemy już doskonale wiedzieć, dlaczego coś robimy, a jakaś część nas nadal będzie przekonana, że bez tego nie jesteśmy bezpieczni.

I być może wtedy zamiast pytać siebie: „Dlaczego ciągle robię coś, co mnie rani?”, warto zapytać:

„Przed czym mnie to chroni?”

A potem zrobić miejsce na jeszcze trudniejsze pytanie:

„Czego potrzebuję, żeby już nie musiało?”

Adres

Warsaw

Telefon

+48578799766

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Aleksandra Rydel Psycholog umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Aleksandra Rydel Psycholog:

Skróty

Udostępnij