Małgorzata Liszyk-Kozłowska

Małgorzata Liszyk-Kozłowska Strona zawodowa i publiczna psychoterapeutki Małgorzaty Liszyk-Kozłowskiej

Na jednej z platform obejrzałam po raz drugi film „Wątpliwość”. Meryl Streep i Philip Seymour Hoffman, ale także dwie po...
30/05/2026

Na jednej z platform obejrzałam po raz drugi film „Wątpliwość”. Meryl Streep i Philip Seymour Hoffman, ale także dwie pozostałe role - młodej zakonnicy i matki - wszyscy znakomici.

Film o czymś mi bliskim i ludzkim. Zwariowałabym w życiu i pracy, gdybym nie dała sobie prawa do przeżywania WĄTPLIWOŚCI.

Bo czy można przeżyć życie, nie mając wątpliwości? Teoretycznie tak. Tylko że według mnie jest to bardziej odtwarzanie życia niż jego tworzenie.

Kiedy naprawdę tworzymy własne życie, wcześniej czy później stajemy przed wyborami: w prawo czy w lewo, tak czy inaczej. I niemal zawsze towarzyszy temu jakaś wątpliwość, z którą trzeba zostać, podejmując decyzję.

Ten film jest jednak przede wszystkim o takich wątpliwościach, które przeżywa się najtrudniej - dotyczących wyborów moralnych i etycznych. Takich, w których podjęcie decyzji bez stuprocentowej pewności może wywołać poważne konsekwencje.

Jednocześnie brak decyzji również wywołuje skutek.

I co wtedy zrobić?

Istnieją sprawy, w których tej pewności nigdy nie będziemy mieć, a mimo to jakąś decyzję trzeba/chce się podjąć.

Bo niepodjęcie decyzji także jest decyzją.

I chyba jedynym sposobem, by móc działać pomimo wątpliwości, jest zgoda na to, że możemy się pomylić. Że możemy popełnić błąd. Tak - czasami poważny.

Szukając najlepszego rozwiązania, działamy na podstawie danych, które mamy w danym momencie. Nigdy nie wiemy, co pojawi się później, kiedy już zaczniemy działać.

Rzeczywistość bywa tak złożona, że możliwość pomyłki jest po prostu wpisana w ludzkie doświadczenie.

Czy to możliwe, że największą odwagą nie jest mieć zawsze rację, ale umieć przyznać, że czegoś jeszcze się nie rozumie?

Albo że się pomyliło?

Uśmiechy :)
Małgosia

PS. To zdjęcie nie ma związku z tekstem, po prostu je lubię :). Luśka bez cienia wątpliwości wie, że wstanę i dam jej poranne smaczki :)

Ostatnio włóczę się po mieście trochę jak po czytelni. To zdjęcie też zrobiłam trochę dla siebie, trochę dla Was. Lubię ...
24/05/2026

Ostatnio włóczę się po mieście trochę jak po czytelni.
To zdjęcie też zrobiłam trochę dla siebie, trochę dla Was. Lubię myśleć, że moje oczy pomagają komuś też coś zobaczyć :-). Może Tobie ? :-)

Słowa z tej ściany trafiły mnie mocno. Bardzo, bardzo mocno.
Pomyślałam sobie, że przychodzi taki moment, kiedy naprawdę nie ma już czasu na niemiłość do siebie i do własnego życia . Do byle jakich relacji, w których nie ma równowagi między braniem a dawaniem: troski, uwagi, szacunku. Do jedzenia na byle jakich naczyniach, bo odświętne są na specjalne okazje. Do używania perfum z okazji, jakby nasze życie codzienne nie było wystarczającą okazją do świętowania. Itd, itp.
Zwłaszcza że z wiekiem coraz lepiej czujemy, kiedy żyjemy nie po swojemu i, co gorsza, coraz trudniej to w sobie zagłuszyć.

Czas nam tyka i w pewnym momencie to całe „później” robi się po prostu „teraz”. I chyba właśnie wtedy zaczyna się moment na posłuchanie tego świata, który nosimy w sobie, który jest trochę chaotyczny ( ale czyż na początku nie był chaos ? ), czasem obijającego się w nas boleśnie po kątach, jakby domagał się w końcu zobaczenia światła dziennego.
Bo on się wcześniej czy później i tak zaczyna dobijać o uwagę, a jeśli z uporem wciskamy go pod skórę - cóż, choruje nam dusza, ciało, życie się nam nie podoba. Nasze. Bo czujemy właśnie, że nie nasze…

I wtedy pojawiają się te wszystkie „duże słowa”: prawda, akceptacja, autentyczność. To ostatnie jest moim ulubionym ;).
Mam czasem wrażenie, że były używane tyle razy, przez tyle osób i w tylu internetowych złotych myślach, że trochę się pościerały.

Może jednak problem nie jest w samych słowach, tylko w tym, że przez lata mówiło o nich mnóstwo ludzi, którzy bardziej znali pojęcia niż ich sens, a ich celem była monetyzacja tych słów ?
Znam trochę ten świat kamer, blichtru, ust rozciąganych w uśmiech, i nie lubię go, świadomie go unikam.

To konkretne zdanie ze zdjęcia, szczerze mówiąc, uważam za całkiem dobre motto na życie, ale jeśli macie jakieś inne zdjęcia - motta, podzielcie się baardzo proszę :).

Uśmiechy :)
Małgosia


Ostatnio usłyszałam, że „bogaci ludzie nie wyciskają do końca kremów ani tubek”, ponieważ podobno świadczy to o mentalno...
17/05/2026

Ostatnio usłyszałam, że „bogaci ludzie nie wyciskają do końca kremów ani tubek”, ponieważ podobno świadczy to o mentalności ubóstwa. Ciekawe…
Pomyślałam sobie wtedy, jak bardzo pomieszaliśmy dziś różne pojęcia i jak łatwo zaczynamy powtarzać cudze przekonania tylko dlatego, że wypowiada je ktoś, kto ma pieniądze.
Czy naprawdę bogactwo mierzy się tym, że coś wyrzucamy, zanim zostanie wykorzystane do końca?
Czy może jednak większym luksusem jest brak potrzeby udowadniania komukolwiek swojego statusu poprzez gesty, które mają wyglądać na „mentalność sukcesu”?
Mam też wrażenie, że pojęcie sukcesu zostało dziś bardzo odruchowo połączone wyłącznie z sukcesem zawodowym. Z pozycją, pieniędzmi, osiągnięciami, możliwościami. A jednak wraz z wiekiem często zaczynamy rozumieć, że istnieje również coś takiego jak sukces życiowy. A on składa się już z większej liczby elementów.
Oczywiście może zawierać sukces zawodowy, bo dla wielu ludzi praca jest ważną częścią tożsamości, poczucia sprawczości i satysfakcji. Ale obok tego pojawia się jeszcze życie osobiste, relacje, bliskość, poczucie bezpieczeństwa, umiejętność bycia ze sobą w zgodzie, zdolność do odpoczynku, do odczuwania SENSU (!!!), do tworzenia więzi, które nie opierają się wyłącznie na wymianie dóbr materialnych.
W swojej pracy spotykam ludzi, którzy często osiągnęli dokładnie to, co z zewnątrz wygląda jak sukces. Mają pieniądze, pozycję, osiągnięcia, możliwości, czasem ogromny zawodowy dorobek. A jednocześnie wielu z nich nie czuje się szczęśliwymi, spełnionymi czy spokojnymi. Mają bardzo dużo, ale najwyraźniej nadal nie mają wszystkiego, co jest człowiekowi potrzebne do poczucia wewnętrznej pełni.
Parę dni temu, podczas jednej z moich wędrówek, zobaczyłam na ulicy ścianę z pytaniami.
Zrobiłam jej zdjęcia z myślą o Was. Rzadko ostatnio piszę, bo nie chcę pisać „o niczym”, a tutaj poczułam, że mam czym się z Wami podzielić.
Niektóre zdania są bardzo proste, przynajmniej pozornie. I przypomniało mi się pytanie, które kiedyś ktoś mi zadał całkiem serio:„Kim jesteś?”
Pamiętam, że wtedy na chwilę kompletnie mnie zatrzymało, ponieważ odruchowo chciałam odpowiedzieć imieniem, nazwiskiem, zawodem albo rolami, które pełnię w życiu. A przecież nie o to chodziło.
I pojawiło mi się wtedy jeszcze jedno pytanie, trochę jak kolejne chusteczki wyciągane z pudełka: „Czy jestem sobą?”
To wcale nie są łatwe pytania.
Nie podzielę się swoją odpowiedzią, bo jest zbyt osobista i zbyt intymna. Ale może warto czasem zadać je samemu sobie naprawdę uczciwie.
I jestem ciekawa, czy któreś z pytań z tej ściany zatrzymałoby także Was.

Uśmiechy 🙂
Małgosia

Historia trzech par oczu…Stałam wczoraj wzruszona przed obrazem, który niemal zasłonięty innymi, taki schowany, wręcz: u...
19/04/2026

Historia trzech par oczu…
Stałam wczoraj wzruszona przed obrazem, który niemal zasłonięty innymi, taki schowany, wręcz: ukryty, wyłowił mnie spojrzeniem trzech oczu.
Obok było wiele innych dzieł tego Artysty- Jarosława Grulkowskiego, być może lepszych, dojrzalszych, ciekawych bardzo, stworzonych niezwykłą techniką, ale one mnie nie wyłowiły.
Poprosiłam Artystę o odsłonięcie całości obrazu.
I mnie zamurowało jak dawno nie:).
Lubię w sobie te chwile poruszenia, kiedy coś mnie niemal ściska w gardle.
Lubię tak się czuć, jakbym dzięki sztuce, czymkolwiek ona się wyraża - obrazem, muzyką , naturą, dotykała tego we mnie wymiaru, który śpi w codzienności, ale budzenie go, daje potem tej codzienności sens i refleksje.
Nie odpuściłam, dopóty nie poczułam, dlaczego tak mnie ten właśnie obraz dotknął.
Dzielę się teraz kawałkiem tej mojej przestrzeni, która w każdym z nas: tej między sercem, które czuje, a mózgiem, który nazywa.
Co mi się „zdarzyło”?
Zobaczyłam ukryte spojrzenie trzech par oczu ( tak, są trzy pary oczu- zdjęcie nie jest specjalnej jakości, ale …:).
Zobaczyłam, jak często to my chowamy przed światem wzrok, ale też jak to my za szybko rezygnujemy z szukania wzroku drugiego człowieka.
Spotkania.
Unikamy prawdziwego SPOTKANIA.

Uśmiechy:)
Małgosia

Polecam zajrzeć na profil:
https://www.instagram.com/jarek_grulkowski

Dzisiaj mam  dla Was moją autorską instrukcję obsługi słowa: samoakceptacja:). Dlaczego właśnie to słowo ?A dlatego, że ...
15/04/2026

Dzisiaj mam dla Was moją autorską instrukcję obsługi słowa: samoakceptacja:).
Dlaczego właśnie to słowo ?
A dlatego, że bardzo często słyszę w swojej pracy: „ja siebie nie akceptuję”.
Tylko, że dopóki nie zajrzymy pod podszewkę, tak naprawdę nie wiadomo, o czym jest rozmowa. To słowo brzmi poważnie, ale bez konkretu niewiele znaczy.

Na początku powiem wprost: samoakceptacja nie zaczyna się od akceptacji.
Zaczyna się od samopoznania.

Bo większość z nas najpierw „poznała się” przez to, jak ktoś nas widział i jak nas nazywał. Przez opinie, oceny, etykiety. Trochę jesteśmy jak taki słoik🫣, na który przez lata różni "ktosie" naklejali naklejki - i w pewnym momencie przestajemy widzieć, co jest pod spodem, tylko patrzymy na świat i na siebie przez te etykiety i uznajemy, że to jesteśmy my.
I czasami pojawia się w naszym życiu kryzys: niewygodnie nam ze sobą. Zaczynamy chorować - nawet na depresję, a to poważny sygnał z ciała - "tak dalej żyć nie chcę, muszę coś zmienić". Choroba to sygnał ostrzegawczy.
I bywa, że dopiero wtedy wchodzimy w drugi sposób poznawania siebie - przez to, co my sami o sobie wiemy i uważamy. I to nie dzieje się samo. To jest decyzja, żeby zacząć te naklejki odklejać i sprawdzać, co faktycznie jest moje. Czasami pojawiają się na zmianę: złość ( na tego czy tych, którzy tak nas „okleili”) i ulga ( że to nieprawda :).

Ten etap nie polega na poprawianiu siebie, tylko na rozpoznawaniu. Na zatrzymaniu się i powiedzeniu: ja taki jestem. Ja tak mam. Ja to lubię. Tego nie lubię. Tego się boję. Tego potrzebuję. Na to się zgadzam. Na to się nie zgadzam. Itd.

To jest moment, w którym zaczynam widzieć swoją prawdziwą konstrukcję - razem z możliwościami i ograniczeniami. I bez negocjowania tego, co „powinno być inne”, bo uznanie siebie takiego, jakim się jest, jest po prostu bardziej wygodne, biorąc pod uwagę, że i tak będziemy ze sobą do końca życia (takie małe odkrycie 😀👍).

I dopiero na tym można budować drugi etap.
Bywa trudny, ale warty dania mu swojej energii życiowej.

Bowiem samoakceptacja nie kończy się na tym, że ja coś o sobie wiem. Ona zaczyna mieć jeszcze większe znaczenie wtedy, kiedy przestaję się do innych dostosowywać za wszelką cenę i zaczynam ich uczyć siebie.

Uwaga!:
Przestaję się uczyć innych, a odważam się innych uczyć siebie:).

Czyli mówię wprost: tego potrzebuję, tego nie chcę, na to się zgadzam, na to nie. Jasno, bez liczenia na to, że ktoś się domyśli.

I to jest moment trudniejszy. Bo tu pojawia się konfrontacja - często z bliskimi osobami, które mają swoją wersję nas, do której były przyzwyczajone.

Dlatego samoakceptacja nie jest stanem, który się osiąga i ma z głowy. To jest proces, który zaczyna się od zdjęcia z siebie cudzych naklejek, a potem wymaga odwagi, żeby pokazać innym to, co pod nimi jest.
Czyli: prawdziwy Ty :)
Warto - zapewniam:).

Uśmiechy :)

Małgosia

To będzie taki spokojny, wręcz ślimaczy post 🙂Za parę godzin miną święta;). A ja mam potrzebę, przeogromną:), podzielić ...
06/04/2026

To będzie taki spokojny, wręcz ślimaczy post 🙂
Za parę godzin miną święta;).
A ja mam potrzebę, przeogromną:), podzielić się swoją radością - miałam prawdziwe święta - takie, w których dałam sobie czułość, spokój, zrozumienie i akceptację.
Dałam sobie mnóstwo prezentów; zdarte w niedzielę pięty po ponad dziesięciu kilometrach, wiatr, który dzisiaj wiał tak, że do teraz czuję piekące policzki. Forsycje - pierwszy intensywny kolor tego roku.

Patrzyłam na ludzi, którzy szli niespiesznie, podobnie jak ja.
I jak zwykle na swoich spacerach zaglądałam w podwórka 🙂. Kiedyś za to może oberwę cegłą, albo czymś, ale jak dotąd nic się nie stało więc … 🙂
Zauważałam te chęci upiększania swojego otoczenia- czasem bardzo hmmm…ciekawe, ale mnie uśmiechające, poruszające, a nawet wzruszające.

Myślałam, że następnego dnia po niedzieli się nie ruszę, a jednak się ruszyłam ! Moje ciało daje radę 🙂. To dobra informacja, bo ostatnio było ze mną słabo 🙂.

Ten dzień zatrzymuję w sobie, bo był dokładnie taki, jakiego potrzebowałam. Zaplanowałam sobie te święta i dotrzymałam sobie obietnicy, że będą dobre.
Byłam w bliskości z ludźmi dla mnie ważnymi i jednocześnie w takiej odległości, która pozwoliła mi poczuć, czego ja chcę.

Nie biegłam. Zegarek nie tykał minutami, tylko płynął spokojniej.

Dzięki temu czuję, że jestem gotowa jutro wrócić do codzienności, do pomagania, wspierania, próby zrozumienia, gdzie ktoś jest i czego potrzebuje.
Spróbuję wziąć za rękę i przejść z kimś kawałek jego drogi, żeby mógł znaleźć się bliżej tego miejsca, którego potrzebuje - miejsca, w którym jest spokój wewnętrzny.

Nie będę Was pytać zaczepnie, instagramowo czy facebookowo, jak wam minął dzień. Nie umiem tak pisać i nie podoba mi się ten algorytm. „Alboco”, bo może to nie algorytm ?:)
Po prostu chciałam się podzielić swoim dniem, z nadzieją, że i wy zauważycie, co dobrego chcecie zachować w pamięci z tych dni świątecznych.

Uśmiechy:)

Małgosia

W absolutnie każdym systemie: rodzinnym, partnerskim, społecznym, ludzie pełnią określone role. Nie są one przypadkowe, ...
26/03/2026

W absolutnie każdym systemie: rodzinnym, partnerskim, społecznym, ludzie pełnią określone role. Nie są one przypadkowe, układają się w taki sposób, żeby całość mogła funkcjonować.

I tak jedna osoba łagodzi napięcia, żartuje, zmienia temat, kiedy robi się trudno.
Ktoś inny bierze odpowiedzialność, organizuje i pamięta za wszystkich.
Ktoś milczy, wycofuje się, nie mówi, co naprawdę czuje ( a psychosomatyka daje mu w kość i to jak !), ktoś wybucha i mówi wprost to, czego inni nie powiedzą.
Ktoś ratuje innych, przejmuje ich problemy. Taki ratownik-bohater, Batman wręcz !
Ktoś funkcjonuje jako osoba wiecznie pokrzywdzona, wokół której koncentruje się uwaga i troska, i która tym samym zyskuje dla siebie stałą taryfę ulgową - można o niej powiedzieć, że jest „patologicznie niewinna”.

Te role wzajemnie się uzupełniają i dzięki nim system utrzymuje równowagę – nawet jeśli nie jest ona zdrowa, ani w swoich założeniach, ani w tym, jak się realizuje, tylko po prostu ZNANA.
O co więc chodzi, skoro wszystko działa?
Ha, chodzi, do czasu, gdy ktoś się zatrzymuje i odkłada swoją kartkę z tekstem …
Problem zaczyna się bowiem wtedy, kiedy ten ktoś przestaje grać swoją rolę. Taki mały buncik. A może wcale nie taki mały? To zaczyna być problem całej grupy, gdy osoba, która dotąd milczała, zaczyna mówić. I nie chce po lekkim upomnieniu, że wyleci ze sceny, przestać!!!
Wariactwo!
Kiedy ta, która brała na siebie zbyt wiele, zaczyna odmawiać.
Oszalała !
Kiedy ktoś przestaje podtrzymywać scenariusz, w którym wszyscy nauczyli się funkcjonować.
No, coś takiego !

Z perspektywy tej osoby to jest próba zmiany własnego życia, z perspektywy systemu – naruszenie całego układu.
Rewolucja ! I nawet nie taka czesko - aksamitna!

Bo jeśli jedna rola się zmienia, inne też musiałyby się zmienić. Czasem przypomina to trochę sytuację, w której jedna osoba przestaje grać swoją rolę i nagle okazuje się, że wszyscy inni zapomnieli tekstu.

Właśnie dlatego wtedy następuje bojowa konsolidacja pozostałych członków grupy, pojawia się opór, czasem bardzo silny, bo system próbuje przywrócić poprzedni porządek-poprzez nacisk („przesadzasz”), podważanie („coś się z tobą dzieje”) i etykietowanie („robisz problemy”).

W języku psychoterapii systemowej mówi się wtedy o „zidentyfikowanym pacjencie” -osobie, która zaczyna być postrzegana jako źródło problemu, choć w rzeczywistości ujawnia problem całego systemu.

W psychologii grup i rodzin funkcjonuje też pojęcie „kozła ofiarnego”-kogoś, na kogo przenoszone jest napięcie, żeby reszta NIE MUSIAŁA się zmieniać.

W każdej z tych perspektyw jedno pozostaje wspólne: zmiana jednej osoby nie jest neutralna dla systemu i bardzo rzadko zostaje przyjęta bez oporu.

Dlatego pytanie nie brzmi, jak zmienić swoją rolę i jednocześnie zachować wszystko bez zmian – bo to jest niemożliwe:(.
Przykro mi, wiem, że nadzieja umiera ostatnia, ale naruszenie systemu, to jak wyjęcie klocka - tego z podstawy wieży.

Pytanie brzmi: czy jestem gotowa lub gotowy ponieść konsekwencje zmiany scenariusza, w którym do tej pory brałam lub brałem udział.

Bo można dalej grać swoją rolę i wtedy koszt ponosi się wewnętrznie. Można też z tej roli wyjść - i wtedy koszt pojawia się w relacjach.

I to, do czego zawsze namawiam z całego serca, to żeby w tym miejscu nie zostawać samemu.
Jeśli czujesz, że jesteś gotowa czy gotowy na tę zmianę, spróbuj stworzyć wokół siebie choć niewielką przestrzeń oparcia, ludzi życzliwych, przyjaciół, znajomych, którzy będą obok, którzy będą przypominać, dlaczego zaczęłaś czy zacząłeś, i którzy pomogą wytrwać wtedy, kiedy zrobi się trudno.
Samotność wtedy to nie jest dobre rozwiązanie. Za dużo możesz wtedy czuć bólu , nawet rozpaczy utraty złudzeń, dotychczasowego życia i musisz mieć wtedy kogoś, kto zrozumie Twoje łzy, poda chusteczkę, przytuli lub AŻ !, spokojnie wysłucha. Lub współpomilczy.
To czasem właśnie obecność drugiego człowieka pozwala nie wracać do starego scenariusza tylko dlatego, że jest znany.

Jest takie japońskie zdanie: jeśli upadasz siedem razy, wstań osiem.
I dobrze jest mieć przy sobie kogoś, kto Ci pomoże wstać.
Psychoterapia- czy wtedy pomaga ?
Tak, ale terapia nie polega na obietnicy, że da się to zrobić bezboleśnie.
Polega na tym, żeby ten wybór był świadomy i żeby człowiek miał w sobie wystarczająco dużo oparcia, by nie wracać do starego scenariusza tylko dlatego, że był łatwiejszy do utrzymania dla innych.

Trzymam za Was kciuki 🙂
Uśmiechy 🙂
Małgosia

Ps. Moja Luśka zna tylko jedną rolę - siebie 🙂. Zazdroszczę i się pilnie od niej uczę 🙂

Pewnego dnia…Kiedy mój syn chodził do  podstawówki, jego nauczyciel matematyki, pan Marek, zapytał mnie:–czy pani odrabi...
21/02/2026

Pewnego dnia…
Kiedy mój syn chodził do podstawówki, jego nauczyciel matematyki, pan Marek, zapytał mnie:–czy pani odrabia z synem matematykę?
Cóż, nie wiedział, że…
– Panie Marku, ja sama uczyłam się matematyki z takimi efektami, że konkurowałam w tej dyscyplinie co najwyżej z delfinami i miałam nadzieję, że dwójki (teraz jedynki) złożą się na ocenę zaliczającą. Takie miałam marzenie. Płonne, niestety 😞.

Pan Marek na to:– A, to dobrze. Chodzi o to, że chcę, aby moi uczniowie przychodzili do mnie i mówili wprost, że czegoś nie wiedzą czy nie rozumieją. Wtedy mogę im to wytłumaczyć. A jeśli rodzice robią za dzieci zadania, ja nie wiem, czego one nie rozumieją i nie mam szans ich nauczyć.
I sobie poszedł.
A mnie zamurowało ze szczęścia! Powiedział słowa, których nikt nam jako dzieciom nie mówił (dziękuję, p. Marku 🙂).

Nie uczymy dzieci, że zawsze mogą powiedzieć: „nie rozumiem”, „nie wiem”, a to jedyna droga, żeby dowiedzieć się czegoś nowego lub coś zrozumieć.
Kiedy zawstydzamy, porównujemy, krytykujemy — dzieci uczą się ukrywać niewiedzę i po prostu się nie rozwijają.

A co potem z nas, tak wychowywanych dzieci, wyrasta?Cóż, jesteśmy dorosłymi, którzy boją się zapytać, żeby nie wyjść na „głupich”, „ośmieszyć się”. Bo tak o sobie wtedy myślimy i mówimy.
A nawet gdy w końcu mówimy „nie wiem”, robimy to z lękiem. To słychać w głosie, w lekkim pochyleniu głowy, w niepokoju ciała.
Zachowujemy się jak dzieci egzaminowane przy tablicy.

Czasem ktoś reaguje na moje: „nie wiem”, „nie rozumiem” zdziwieniem– Jak to nie rozumiesz? Ty przecież jesteś inteligentna i nawet lekko wykształcona, a to jest proste.
Odpowiadam wtedy (kulturalnie, bo jestem inteligentna i nawet lekko wykształcona):– A ty zadajesz pytanie, kiedy znasz odpowiedź?
Następnie zabieram torebkę i elegancko wychodzę 😂.Nikt nie będzie mnie już próbował zawstydzać.
Nie ten PESEL 🙂

Uśmiechy 🙂
Małgosia

Ps. Na szkołę nie mamy wpływu. Mamy wpływ na to, jakimi jesteśmy rodzicami 🙂.
Zdjęcie 😂. Kompletnie nie na temat (chociaż dwie sztuki to już komplet 😂), ale musiałam, bo… czy ktoś z Was widział brzydsze krzesła? 🙈😂

Dzisiaj jest rocznica śmierci mojego taty.Zapaliłam świecę. Jedna stoi na tarasie, na drugą patrzę, kiedy piszę sobie i ...
18/02/2026

Dzisiaj jest rocznica śmierci mojego taty.
Zapaliłam świecę. Jedna stoi na tarasie, na drugą patrzę, kiedy piszę sobie i do Was te słowa.
Te świece... to mój sposób pamiętania i tęsknienia, chociaż była to trudna relacja.
Biliśmy się skrzydłami, próbując zmieścić dwie pary całkiem sporych skrzydeł na jednej ławce — ja dorastałam do osobności, a mój ojciec, w swojej mocy i tradycyjnym rozumieniu roli ojca, z trudnością przyjmował, że zaczynam mówić „nie”.
Pamiętam też, jak lubił pierogi i moje naleśniki. Zawsze jeden chował w szafce kuchennej „na później”.
I że słuchałam wraz z nim Chopina i Armstronga.
I że dzięki niemu poczułam radość z jazdy konnej. Ta wolność i przestrzeń...
Dawał mi w kość, ale też pokazywał kolory świata.
Ból i słońce. Mieszanka wybuchowa:).
Doświadczenie, które pozwala mi teraz więcej czuć i rozumieć innych. Taki zysk:).
Tuż po śmierci Taty, cudowna dziennikarka Renata Arendt Dziurdzikowska, przygotowując artykuł do „Zwierciadła”, zapytała mnie o coś tak, że dotarło do mnie, że ja nie tylko bardzo kłóciłam się z ojcem.
Ja się pomimo wszystko NIE BAŁAM z nim kłócić. Tyle lat słyszałam od ludzi, z którymi pracuję, ile w nich tkwi słów - niewypowiedzianych i niewykrzyczanych. Taka drzazga w sercu i gardle. Ja się nie bałam. Czasami darłam się jak cholera, jak przysłowiowe stare prześcieradło. 10x10.
Po jego śmierci jeszcze coś, właśnie to, ku mojemu zaskoczeniu, dotarło do mnie i odsłoniło fragment naszej relacji:).

18.02…
Kilka godzin temu, właśnie dzisiaj, dowiaduję się, że bliska mi kobieta urodziła swojego synka.

Ta sama data.

Tak często mówię ludziom, z którymi pracuję, że w nas mieści się jednocześnie wiele uczuć — miłość i złość, tęsknota i żal.
Nie trzeba wybierać jednego przeciwko drugiemu.
Można je zauważyć i pozwolić im być, bo każde ma swoje źródło.
Gdy się od niego odwracamy, coś w nas zostaje zatrzymane — nienazwane, niedopuszczone do światła, nie staje się przeszłością.

Uśmiechy 🙂
I dzisiaj pozwolę sobie na intymność; przytulam tych wszystkich, którzy czytają te słowa, a którzy potrzebują przytulenia ❤️

Małgosia

Dzisiaj proponuję wielki test :-)Po czym poznaje się zmianę? Taką, że coś nam się udało „przepracować” (tak, wiem, to tr...
08/02/2026

Dzisiaj proponuję wielki test :-)
Po czym poznaje się zmianę? Taką, że coś nam się udało „przepracować” (tak, wiem, to trochę wyświechtany żargon terapeutyczny).

Zapraszam na chwilę do moich momentów zawodowych, chociaż i sama jako Małgosia mam ich za sobą wiele :). Na szczęście dla mnie, choć nie zawsze szczęśliwie dla innych 😂.
Do rzeczy :)
Czasem ktoś opowiada podczas sesji, co wydarzyło się od ostatniego spotkania. Zwyczajna sytuacja: rozmowa z partnerem, z rodzicem, z szefem, jakaś decyzja, jakieś „nie”, jakieś mocno powiedziane „dosyć!”. Powiedziane tak, że w końcu nie było w głosie szczeliny niepewności, w którą ktoś- jak do tej pory lekko i bezkarnie - mógł wstawić nogę i nie traktować tego słowa poważnie.
I dopiero kiedy ode mnie słyszy:
naprawdę to zrobiłeś?! naprawdę to powiedziałaś?! To wielki sukces !- zatrzymuje się i widzi, że to już nie jest tylko myślenie o zmianie.
To nie muszą być teoretycznie wielkie momenty dla obserwatora, ale czy powiedzenie lekkim głosem teściowej, by przy każdej wizycie nie porządkowała lodówki i z troski 🤔nie komentowała jej zawartości, nie jest dla „głównej lokatorki”:) domu, zaznaczeniem swojego terenu, postawieniem ważnej dla niej granicy ?:). Dla niej to wielki moment:).

Kiedy zaczynamy żyć tak, że przestajemy czuć nad sobą tego „Wielkiego Brata”, tego „Karcącego Rodzica”, którego niewidoczne spojrzenie na nas wpływa i którego się obawiamy -zastanawiając się, czy ktoś nie poczuje się zraniony, czy nie będzie mu przykro, czy się nie zezłości (a tym samym odsuwamy się od własnych uczuć i potrzeb), wtedy pojawia się nasza wolność i dorosłość.
Możemy uczyć się formy wypowiadania uczuć- i to jest dorosłość, ale jednocześnie mamy dostęp do treści, czyli do tego, co naprawdę czujemy.

Powoli, warstwa po warstwie, pojawia się lekkość bycia sobą. Rozumienie, co to znaczy czuć i oddychać swoim życiem :). Podobać się sobie, a nie ciągle zastanawiać się, czy inni mnie polubią.
Od powszechnego lubienia jest zupa pomidorowa i naleśniki.

Długo wiele rzeczy pozostaje na etapie przygotowań — jak przed skokiem na bungee, kiedy człowiek stoi i sprawdza, czy już jest gotowy.
A potem zaczyna się dziać coś prostszego. W zwykłej rozmowie pada zdanie, którego wcześniej by nie było. Czegoś się nie bierze na siebie i nie wraca do tego w środku nocy. Zasypiamy licząc stado owiec, a nie odtwarzając trudne klatki filmowe minionego dnia.
Jednym zdaniem: reakcja pojawia się taka, jaka wcześniej istniała tylko w wyobraźni.
I dopiero później przychodzi myśl: to wydarzyło się bez przygotowania.
Hurra!
Zmianę widać wtedy, kiedy przestaje wymagać mobilizacji — kiedy zaczyna się wydarzać.
A potem co?
Może kolejny cel — co jeszcze zrobić dla siebie? :)

Uśmiechy :)

Małgosia


Adres

Warsaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Małgorzata Liszyk-Kozłowska umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Małgorzata Liszyk-Kozłowska:

Udostępnij

Kategoria