19/05/2026
Minął mniej więcej miesiąc od momentu, kiedy przestałam przyjmować ludzi w gabinecie.
Choć to nie jest miesiąc urlopu, tylko raczej czas domykania wielu spraw, to jednak jest to pierwszy od bardzo dawna moment bez bycia nieustannie „dla kogoś”.
Dopiero teraz zaczynam widzieć, jak bardzo wszystko, co robiłam przez ostatnie lata, działo się trochę POMIĘDZY służeniem innym ludziom.
Tak było kiedy odpoczywałam czy byłam sama, a nawet kiedy rozmawiałam prywatnie.
Kilka dni temu, w rozmowie z bliską mi osobą, padło zdanie: „Co? Robisz mi terapię?”
Pomyślałam, WŁAŚNIE NIE.
Po raz pierwszy od dawna mogę po prostu nikogo nie prowadzić, nie trzymać procesu, nie słuchać „bardziej”, czy być w gotowości.
Przyznam, ciekawe doświadczenie dla osoby, która od lat pracuje pomocowo.
Od tygodnia czuję też coraz mocniej, jak zanurzam się we własny świat. Przyglądam się sobie, swoim reakcjom. Temu, jak rozmawiam z ludźmi, albo jak jeszcze trochę nie chcę do nich wychodzić, bo tak dobrze jest mi w ciszy, w domu, w byciu ze sobą.
Co ciekawe, gabinet nadal przychodzi mi do głowy prawie codziennie. Nie jako strata, bardziej jako obrazy.
Ja tamta - miejsce - etap życia.
Dzisiaj przypomniały mi się nawet runy, które były na ścianie i przez chwilę zastanawiałam się, czy dobrze, że zostały właśnie tam.
Potem przyszła myśl, to już nie jest moje. Zaczęłam świadomie oddalać ten obraz od siebie, coraz dalej, za horyzont, aż stał się prawie niewidoczny.
Na ten moment… jest mi z tym dobrze.
Chyba pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę słucham siebie nie pomiędzy pomaganiem innym ludziom, ale po prostu siebie.
🫶🏻