Marta Jankowska

Zadzwoń Wskazówki dojazdu Strona internetowa Kontakt: praktyka

Marta Jankowska Jak osiągnąć zdrowie psychiczne, radość i satysfakcję z życia. Od psychoterapii do rozwoju du Wiecej na martajankowska.pl

Od ponad 15 lat pracuję indywidualnie, z parami i rodzinami towarzysząc im w przezwyciężaniu życiowych trudności w atmosferze bezpieczeństwa i akceptacji. Wspieram w odkrywaniu własnej unikalnej tożsamości i towarzyszę w podróży do samorealizacji. Inspiruję swoimi osobistymi i zawodowymi poszukiwaniami drogi do pełniejszego życia. Wzbogacam o holistyczną perspektywę bliskich więzi emocjonalnych, siły charakteru, dokonywania świadomych wyborów, widzenia prawdy i hartu ducha. Pracuje w duchu humanistycznym w nurcie integracyjnym poddając swą praktykę regularnej superwizji. Swoje kompetencje rozwijałam:
- na telefonie zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym 116 123 IPZ,
- jako pedagog szkolny w szkole podstawowej i gimnazjum,
- współpracując z ośrodkami psychoterapeutycznymi (PrimoPsyche i NZOZ Ogród),
- w Centrum Terapeutycznym w Denver (USA) będąc pod ścisłą superwizją,
- prowadząc własną praktykę psychoterapeutyczną,
- realizując projekty profilaktyczne w Polsce, Rosji i Anglii. Dbam o wysoką jakość świadczonych usług poprzez nieustanne doszkalania się i regularną superwizję swojej praktyki psychoterapeutycznej.

Zwracam się do wszystkich tych, którzy starają się zablokować trwające w Ministerstwie Zdrowia prace nad ustawą o zawodz...
02/09/2026

Zwracam się do wszystkich tych, którzy starają się zablokować trwające w Ministerstwie Zdrowia prace nad ustawą o zawodzie psychoterapeuty, by zaniechali swych działań. Wstrzymanie prac nad ustawą oznaczałoby brak dobrej regulacji zawodu psychoterapeuty, a w konsekwencji spowodowałoby trwanie zła: psychoterapię może obecnie wykonywać każda osoba, bez wiedzy, umiejętności i zobowiązań etycznych. Natomiast przygotowywana ustawa przewiduje dla psychoterapeuty wieloletnie szkolenie, superwizję i komisyjny egzamin oraz odpowiedzialność dyscyplinarną. Praca psychoterapeuty ma być oceniana i kontrolowana przez Samorząd i Ministerstwo Zdrowia.

Sytuacja obecna wygląda następująco:

W trakcie prac nad inną ustawą, ustawą o zawodzie psychologa grupa osób, atakujących aktualny projekt ustawy o zawodzie psychoterapeuty, próbowała zawłaszczyć rynek usług psychoterapeutycznych poprzez nieprawdziwy przekaz o funkcjach i kompetencjach psychoterapeutów. Dzięki zgodnej ocenie ekspertów rządowych, pomysł upadł. Bo psychologia i psychoterapia, choć pokrewne, różnią się, są autonomiczne. Ukończenie tylko studiów psychologicznych nie daje uprawnień do wykonywania świadczeń psychoterapeutycznych. Niektórzy psycholodzy uważają, że tylko oni powinni mieć monopol na psychoterapię. Ale od dziesiątek lat polska psychoterapia rozwijała się i rozwija w pięciu równorzędnych podejściach terapeutycznych, a podstawą jej wykonywania są wieloletnie szkolenia, superwizja i egzamin.

Po wielomiesięcznych intensywnych pracach w ramach zespołu roboczego przy Minister Zdrowia powstał starannie przygotowany projekt ustawy o zawodzie psychoterapeuty. W zespole przygotowującym tę ustawę obecni są przedstawiciele wszystkich pięciu uznanych grup podejść terapeutycznych, czterech konsultantów krajowych (psychiatrii, psychologii klinicznej, psychoterapii, psychoterapii dzieci i młodzieży), eksperci i legislatorzy. Pracę nad projektem ustawy wspierają takie stowarzyszenia jak Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, Polskie Towarzystwo Psychologiczne.

Nad poszczególnymi artykułami ustawy dyskutowaliśmy przez wiele miesięcy w środowisku psychoterapeutów. Powstał projekt starannie przygotowany, w którym interes pacjenta jest fundamentalnym celem.

Istotą tego projektu jest prawne zabezpieczenie, by zawód psychoterapeutów mógł być realizowany przez osoby rzetelnie przygotowane zawodowo, ze starannym wykształceniem specjalistycznym, po zdaniu odpowiednich egzaminów, odpowiadający etycznie i prawnie za swoją pracę. Ustawa chroni potencjalnego pacjenta przed nieuczciwymi, niedouczonymi pseudopsychoterapeutami, obecnie działającymi na nieuregulowanym czarnym rynku psychoterapii.

Dlatego uważam za wysoce szkodliwe działania zmierzające do zablokowania prac nad ustawą o zawodzie psychoterapeuty. Zadaję sobie pytanie, jak to jest możliwe, że publiczny rozgłos i popularność zyskują osoby, wypowiadające się autorytatywnie na temat ustawy, chociaż same nie mają adekwatnej wiedzy ani przygotowania merytorycznego.

Przykładowo, w mediach występuje profesor psychologii Przemysław Bąbel, który jest ekspertem w zakresie psychologii bólu. Wydaje on jednoznacznie krytyczną opinię na temat ustawy o zawodzie psychoterapeuty. Nie uczestniczył on w pracach legislacyjnych nad projektem ustawy na żadnym etapie, nie jest superwizorem, nie ukończył swojego procesu kształcenia umożliwiającego wykonywanie świadczeń psychoterapeutycznych.

Nie jest moim zadaniem domyślać się motywów działania osób, które dezawuują projekt ustawy. Jednak poczuwam się do zwrócenia uwagi na niebezpieczne w społecznych skutkach zjawisko: w przestrzeni publicznej pojawia się fałszywa narracja godząca w sens ustawy i jej merytoryczną jakość. Pojawiają się niewybredne ataki personalne na zwolenników ustawy (na przykład na posłankę Martę Golbik, przewodniczącą sejmowej komisji zdrowia). W opiniotwórczych stacjach telewizyjnych prezentowane są programy tendencyjne, oparte na nieprawdziwych informacjach. (Na przykład w programie „Superwizjer” w TVN24 „Szara strefa psychoterapii” pojawiła się z gruntu fałszywa insynuacja, że ustawa dopuszcza metody w rodzaju ustawień Berta Hellingera).

Zwracam się zatem do dziennikarzy i tych, którzy w mediach przedstawiają swoje stanowisko, by fałszywe sensacje nie wypierały rzetelnego przekazu na temat ustawy, a opinia publiczna nie była wprowadzana w błąd. Apeluję do dziennikarzy, zajmujących się sprawą projektu, by sięgali po opinie ekspertów, a nie tych, którzy nie dbając o prawdę szukają medialnej popularności. Rozumiem i popieram walkę o dobro pacjenta. Ale walka, którą toczą przeciwnicy ustawy zagraża bezpieczeństwu i dobrostanowi pacjentów. Nie tędy droga.

Pozwólmy zespołowi ekspertów działających przy Ministrze Zdrowia dokończyć trwające prace.

Prof. dr hab. Bogdan de Barbaro

Lekarz psychiatra, psychoterapeuta, superwizor Sekcji Naukowej Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego

 

Jak mał­żeń­stwo wpły­wa na zdro­wie? Cóż, jeśli po­szczęś­ciło ci się w te­le­tur­nie­ju Czar par, ko­rzy­ści jest mnó­...
29/08/2026

Jak mał­żeń­stwo wpły­wa na zdro­wie? Cóż, jeśli po­szczęś­ciło ci się w te­le­tur­nie­ju Czar par, ko­rzy­ści jest mnó­stwo. Wskaź­ni­ki do­ty­czą­ce za­wa­łów serca, raka, de­men­cji, ty­po­wych cho­rób, ci­śnie­nia krwi, a nawet bez­po­śred­nie­go praw­do­po­do­bień­stwa śmier­ci wy­raź­nie się po­pra­wia­ją. (U żo­na­tych męż­czyzn od­no­to­wu­je się śred­nio sied­mio­let­ni wzrost ocze­ki­wa­nej dłu­go­ści trwa­nia życia). Ale tutaj muszę dodać to pa­skud­ne słowo „jed­nak­że”. Jeśli je­steś nie­szczę­śli­wy w mał­żeń­stwie, twoje zdro­wie może ucier­pieć bar­dziej, niż gdy­byś nigdy nie był w for­mal­nym związ­ku. Złe mał­żeń­stwo zwięk­sza praw­do­po­do­bień­stwo za­cho­ro­wań o 35 pro­cent i skra­ca życie o czte­ry lata. Ana­li­za da­nych pra­wie dzie­wię­ciu ty­się­cy ludzi wy­ka­za­ła, że osoby roz­wie­dzio­ne i owdo­wia­łe do­świad­cza­ły o 20 pro­cent wię­cej pro­ble­mów zdro­wot­nych (w tym cho­rób serca i raka). I co naj­bar­dziej za­ska­ku­ją­ce, nie­któ­re z tych efek­tów utrzy­my­wa­ły się nawet wtedy, gdy uczest­ni­cy po­now­nie wcho­dzi­li w związ­ki mał­żeń­skie. Ba­da­ni w dru­gim for­mal­nym związ­ku mieli o 12 pro­cent po­waż­niej­sze pro­ble­my zdro­wot­ne niż ci, któ­rzy nigdy nie roz­sta­li się z po­przed­ni­mi part­ne­ra­mi, a roz­wie­dzio­ne ko­bie­ty były o 60 pro­cent bar­dziej na­ra­żo­ne na cho­ro­by sercowo-naczyniowe, nawet jeśli po­now­nie wy­szły za mąż.

A co ze szczę­ściem? Jeśli twoje mał­żeń­stwo można uznać za dobre, zwią­zek z pew­no­ścią pod­no­si po­ziom bło­go­sta­nu. Ba­da­nie prze­pro­wa­dzo­ne w Au­stra­lii w 2010 roku wy­ka­za­ło nawet, że w po­przed­nich ba­da­niach praw­do­po­dob­nie nie do­ce­nio­no tego, jak szczę­śli­wi są lu­dzie w do­brych mał­żeń­stwach. Nie­ste­ty druga stro­na me­da­lu jest jesz­cze bar­dziej przy­gnę­bia­ją­ca, niż można się było spo­dzie­wać. Ana­li­za do­ku­men­ta­cji me­dycz­nej pię­ciu ty­się­cy pa­cjen­tów wy­ka­za­ła, że roz­wód jest dru­gim naj­bar­dziej stre­su­ją­cym wy­da­rze­niem w życiu czło­wie­ka, nawet bar­dziej bar­dziej stre­su­ją­cym niż pój­ście do wię­zie­nia. (Śmierć współ­mał­żon­ka była na pierw­szym miej­scu).

Trzy­maj się, bo bę­dzie jesz­cze go­rzej. Lu­dzie są dość wy­trzy­mali i po­tra­fią dużo znieść. Po nie­mal wszyst­kich złych rze­czach, które nam się przy­tra­fia­ją, nasz po­ziom szczę­ścia w końcu wraca do po­zio­mu wyj­ścio­we­go. Ale nie w przy­pad­ku roz­wo­du. Trwa­ją­ce 18 lat ba­da­nie 30 ty­się­cy osób wy­ka­za­ło, że po roz­pa­dzie mał­żeń­stwa su­biek­tyw­ny po­ziom szczę­ścia pod­no­si się, ale nie wraca cał­ko­wi­cie do normy. Wy­glą­da na to, że roz­wód trwa­le nisz­czy twoje dobre sa­mo­po­czu­cie. A gdy weź­mie się pod uwagę wszyst­kie osoby po­zo­sta­ją­ce w związ­ku mał­żeń­skim, oka­zu­je się, że nikt nie od­czu­wa więk­sze­go przy­gnę­bie­nia niż nie­szczę­śli­wy mał­żo­nek. Po­czu­cie osa­mot­nie­nia w związ­ku jest gor­sze niż do­świad­cza­nie sa­mot­no­ści w po­je­dyn­kę. Takie są fakty.

Mał­żeń­stwo nie gwa­ran­tu­je zatem ani zdro­wia, ani szczęś­cia; przy­po­mi­na bar­dziej grę w ru­let­kę: dużo wy­gry­wasz lub dużo prze­gry­wasz. I po­zo­sta­jąc przy ana­lo­gii ha­zar­do­wej, szan­se nie są równe – 50 na 50. Jak na­pi­sał fe­lie­to­ni­sta „New York Ti­me­sa” David Bro­oks: „W Sta­nach Zjed­no­czo­nych pra­wie 40 pro­cent mał­żeństw koń­czy się roz­wo­dem. Ko­lej­ne 10 lub 15 pro­cent par jest w se­pa­ra­cji i się nie roz­wo­dzi, a ko­lej­ne 7 pro­cent po­zo­sta­je razem, ale mał­żon­ko­wie są chro­nicz­nie nie­szczę­śli­wi”. Nigdy nie ma gwa­ran­cji. Trwa­łe, szczę­śli­we związ­ki mał­żeń­skie na­le­żą do mniej­szo­ści.

Za: Czego nie mówią nam o relacjach. Eric Barker

„Nasze pod­sta­wo­we za­ło­że­nie jest zgod­ne z hi­po­te­zą, że w bli­skiej re­la­cji inny jest »włą­cza­ny do ja« w ty...
23/08/2026

„Nasze pod­sta­wo­we za­ło­że­nie jest zgod­ne z hi­po­te­zą, że w bli­skiej re­la­cji inny jest »włą­cza­ny do ja« w tym sen­sie, że re­pre­zen­ta­cje umy­sło­we ja i bli­skich in­nych się po­kry­wa­ją”.

Jasny gwint! Ary­sto­te­les miał rację. I nie miał tylko tro­chę racji – jego kon­cep­cję po­twier­dza ponad 65 badań. W psy­cho­lo­gii na­zy­wa się to roz­sze­rze­niem ja – po­więk­sza­my nasz obraz sie­bie po­przez za­po­ży­cza­nie ele­men­tów toż­sa­mo­ści osób, z któ­ry­mi je­ste­śmy bli­sko. Seria eks­pe­ry­men­tów wy­ka­za­ła, że im bliż­sza jest ta re­la­cja, tym bar­dziej za­cie­ra się gra­ni­ca mię­dzy nami a na­szy­mi przy­ja­ciół­mi. My­li­my wręcz ele­men­ty ich toż­sa­mo­ści z wła­sny­mi. In­ny­mi słowy, gdy łączy cię z kimś silna więź emo­cjo­nal­na, twój mózg musi bar­dziej się wy­si­lić, żeby was roz­róż­nić.

Roz­strzy­ga­ją­cy ar­gu­ment przy­nio­sły ba­da­nia z wy­ko­rzy­sta­niem re­zo­nan­su ma­gne­tycz­ne­go. Gdy uczest­ni­kom za­da­wa­no py­ta­nia na temat przy­ja­ciół, w ich mó­zgach ak­ty­wo­wa­ły się ob­sza­ry od­po­wia­da­ją­ce za po­zy­tyw­ne emo­cje, co oczy­wi­ście nie było szcze­gól­nie od­kryw­cze. Cał­ko­wi­tym za­sko­cze­niem było jed­nak to, że ak­tyw­ność za­ob­ser­wo­wa­no rów­nież w czę­ści mózgu zwią­za­nej z prze­twa­rza­niem in­for­ma­cji o sobie. Gdy ko­bie­ty sły­sza­ły imio­na swo­ich bli­skich przy­ja­ciół, ich isto­ta szara re­ago­wa­ła tak samo, jak wtedy, gdy sły­sza­ły wła­sne imię.

W: Czego nie mówią nam o relacjach, Eric Barker

Czy chciał­byś móc czy­tać w my­ślach ludzi z two­je­go oto­cze­nia? Za­wsze wie­dzieć, co myślą i czują? Oczy­wi­ście, ...
17/08/2026

Czy chciał­byś móc czy­tać w my­ślach ludzi z two­je­go oto­cze­nia? Za­wsze wie­dzieć, co myślą i czują? Oczy­wi­ście, że tak. Nie ma nic sza­lo­ne­go w tym, że chcie­li­by­śmy po­siąść takie zdol­no­ści. Ba­da­nia po­ka­zu­ją, że nawet nie­wiel­ka prze­wa­ga na tym polu ma ol­brzy­mie zna­cze­nie. Pra­wi­dło­wa per­cep­cja spo­łecz­na nie­sie za sobą sze­reg ko­rzy­ści oso­bi­stych i in­ter­per­so­nal­nych. Lu­dzie, któ­rzy w istot­nym stop­niu opa­no­wa­li tę umie­jęt­ność, są szczę­śliw­si i mniej nie­śmia­li, le­piej radzą sobie z in­ny­mi, na­wią­zu­ją bliż­sze re­la­cje, do­sta­ją więk­sze pod­wyż­ki, a ich praca jest le­piej oce­nia­na. Przy­glą­da­jąc się oso­bom, które są bie­głe w ko­mu­ni­ka­cji nie­wer­bal­nej i le­piej in­ter­pre­tu­ją mowę ciała, można za­uwa­żyć po­dob­ne po­zy­tyw­ne efek­ty.

Wow. Kto by tak nie chciał? Jest tylko jeden mały pro­blem: u zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści z nas wspo­mnia­ne umie­jęt­no­ści są na kosz­mar­nie ni­skim po­zio­mie. Po­wie­dział­bym, że są wręcz gro­te­sko­wo złe. Pro­fe­sor Ni­cho­las Epley z Uni­wer­sy­te­tu Chi­ca­gow­skie­go od­krył, że kiedy mamy do czy­nie­nia z nie­zna­jo­my­mi, pra­wi­dło­wo od­czy­tu­je­my ich myśli i uczu­cia tylko w 20 pro­cen­tach przy­pad­ków. (Gdy­by­śmy cał­ko­wi­cie lo­so­wo przy­pi­sy­wa­li lu­dziom do­wol­ne myśli i uczu­cia, do­kład­ność na­szych strza­łów wy­nio­sła­by 5 pro­cent). Oczy­wi­ście le­piej ra­dzi­my sobie z ludź­mi, któ­rych znamy, ale róż­ni­ca nie jest ude­rza­ją­ca. W przy­pad­ku bli­skich przy­ja­ciół do­kład­ność wzra­sta do 30 pro­cent, a pary mał­żeń­skie osią­ga­ją mak­sy­mal­nie 35 pro­cent. W szko­le za taki wynik do­sta­je się je­dyn­kę. Cokol­wiek dzie­je się twoim zda­niem w gło­wie two­je­go współ­mał­żon­ka, my­lisz się w dwóch trze­cich przy­pad­ków.

A teraz naj­za­baw­niej­sza część: uwa­ża­my, że je­ste­śmy w tym świet­ni. To znowu wina tego pod­stęp­ne­go mózgu, który opo­wia­da nam po­chleb­ne hi­sto­rie. Lu­dzie po­praw­nie oce­nia­ją sa­mo­oce­nę swo­je­go part­ne­ra w 44 pro­cen­tach przy­pad­ków, ale pra­wie dwu­krot­nie czę­ściej (82 pro­cent) są prze­ko­na­ni o słusz­no­ści swo­ich do­my­słów. Ich pew­ność sie­bie ro­śnie pro­por­cjo­nal­nie do dłu­go­ści związ­ku. Do­kład­ność? Nie, w tym za­kre­sie nie za­cho­dzą żadne ko­rzyst­ne zmia­ny. Ro­śnie za to prze­ko­na­nie o wła­snej nie­omyl­no­ści.

Jak to moż­li­we, że aż tak bar­dzo się my­li­my, a jed­no­cze­śnie je­ste­śmy tak głę­bo­ko prze­ko­na­ni o słusz­no­ści swo­ich błęd­nych do­my­słów? Fa­cho­wy ter­min na okre­śle­nie tego zja­wi­ska to za­ko­twi­cze­nie ego­cen­trycz­ne. Epley mówi, że za bar­dzo przy­­wiązu­jemy się do wła­snej per­spek­ty­wy: „Licz­ne ba­da­nia po­ka­zu­ją, że więk­szość ludzi ma ten­den­cję do wy­ol­brzy­mia­nia stop­nia, w jakim inni myślą, wie­rzą i czują tak jak oni”. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku pro­fi­lo­wa­nia, je­ste­śmy uwię­zie­ni we wła­snych gło­wach i hi­sto­riach. Nawet kiedy pró­bu­je­my przy­jąć per­spek­ty­wę in­nych, nie je­ste­śmy do­kład­niej­si w swo­ich oce­nach. Tak, zmniej­sza się ego­cen­trycz­ne na­sta­wie­nie, ale to, czym je zastę­pu­­jemy, wcale nie jest lep­sze. Nasza do­kład­ność wzra­sta, kiedy za­da­je­my innym py­ta­nia, ale ro­bi­my to zde­cy­do­wa­nie za rzad­ko. Zwy­kle po pro­stu żon­glu­je­my w gło­wach wła­sny­mi hi­sto­ria­mi i za­stę­pu­je­my błęd­ne za­ło­że­nia in­ny­mi błęd­ny­mi za­ło­że­nia­mi.

Czy wszy­scy je­ste­śmy rów­nie bez­na­dziej­ni w bier­nym od­czy­ty­wa­niu myśli i uczuć in­nych? Gdy­bym miał od­po­wie­dzieć jed­nym sło­wem, po­wie­dział­bym, że tak, ale ści­ślej rzecz bio­rąc, nie jest to praw­da. Oczy­wi­ście nie­któ­rzy lu­dzie robią to le­piej, ale wy­da­je się, że ogól­ny za­kres na­szych umie­jęt­no­ści jest nie­wiel­ki, a jego gra­ni­ca ra­czej nie­prze­kra­czal­na. Pewne za­bu­rze­nia psy­chicz­ne mogą dawać su­per­mo­ce w jed­nej dzie­dzi­nie, ale czę­sto są rów­no­wa­żo­ne bra­ka­mi w innym ob­sza­rze. Wszy­scy je­ste­śmy w tym po pro­stu źli – i ży­je­my w bło­giej nie­świa­do­mo­ści na­szych mier­nych zdol­no­ści.

Wiem, co nie­któ­rzy teraz po­my­ślą: „Hola, hola! Czy ko­bie­ty nie są w tym lep­sze od męż­czyzn?”. Oho, za­czy­na się gra w dwa ognie śmier­dzą­cym jajem… Abs­tra­hu­jąc jed­nak od in­te­re­sów po­li­tycz­nych i de­ba­ty
na temat płci, czy w głębi serca na­praw­dę uwa­żasz, że ko­bie­ty i męż­czyź­ni róż­nią się pod wzglę­dem umie­jęt­no­ści czy­ta­nia ludzi? A co mówi na ten temat cała masa badań na­uko­wych? (Po­pro­szę o wer­ble).

Tak, ko­bie­ty le­piej czy­ta­ją lu­dziom w my­ślach. Wyż­szość ko­biet w za­kre­sie ko­mu­ni­ka­cji nie­wer­bal­nej jest do­brze udo­ku­men­to­wa­na. Mó­wi­my co praw­da o około dwu­pro­cen­to­wej prze­wa­dze, ale jest ona dość sta­bil­na i ty­po­wa, tj. nie­za­leż­na od wieku, kul­tu­ry czy za­sto­so­wa­nej tech­ni­ki ba­daw­czej. Nie ozna­cza to jed­nak, że ta pra­wi­dło­wość do­ty­czy wszyst­kich aspek­tów ko­mu­ni­ka­cji nie­wer­bal­nej. Ko­bie­ty nie są lep­sze w wy­kry­wa­niu kłamstw niż męż­czyź­ni. Ko­rzy­ści są bar­dziej wi­docz­ne w za­kre­sie od­czy­ty­wa­nia mi­mi­ki twa­rzy i roz­po­zna­wa­nia emo­cji in­nych osób.

Jak więc są­dzisz, dla­cze­go ko­bie­ty mają tę prze­wa­gę? Oka­zu­je się, że nie jest to bez­po­śred­ni sku­tek uwa­run­ko­wań biolo­gicz­nych, lecz cze­goś, co może pomóc nam wszyst­kim roz­wi­nąć umie­jęt­ność czy­ta­nia w my­ślach: mo­ty­wa­cji.

Wiele spo­śród badań po­świę­co­nych przy­czy­nom tego zja­wi­ska wy­ka­zu­je, że ko­bie­ty są na ogół bar­dziej zmo­ty­wo­wa­ne do traf­ne­go in­ter­pre­to­wa­nia ludz­kich za­cho­wań ani­że­li męż­czyź­ni. Wy­ka­zu­ją po pro­stu więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie i bar­dziej się sta­ra­ją. Do­wo­dzi tego ba­da­nie prze­pro­wa­dzo­ne w 2008 roku przez Geof­fa Tho­ma­sa i Gre­go­ry’ego Maio. Ba­da­czy za­cie­ka­wi­ło, co się sta­nie, gdy po­in­for­mu­ją męż­czyzn, że dzię­ki ich em­pa­tycz­ne­mu na­sta­wie­niu ko­bie­ty będą nimi bar­dziej za­inte­re­so­wa­ne. Bingo. Męska mo­ty­wa­cja wzro­sła, a wraz z nią umie­jęt­ność do­kład­ne­go po­strze­ga­nia myśli i uczuć in­nych. Na Hansa też dzia­ła­ła mar­chew­ka. Oczy­wi­ście jest też druga stro­na me­da­lu: kiedy mo­ty­wa­cja spada, spada rów­nież do­kład­ność oceny. Męż­czyź­ni w nie­szczę­śli­wych mał­żeń­stwach po­tra­fią le­piej od­czy­ty­wać ko­mu­ni­ka­ty nie­wer­bal­ne przy­pad­ko­wych ko­biet niż wła­snych żon. Ups.

Fragment z Czego nie mówią nam o relacjach - Eric Barker

Na początku musimy postawić sobie fundamentalne pytanie: dlaczego cierpimy?Tylko wtedy, gdy zrozumiemy istotę cierpienia...
30/07/2026

Na początku musimy postawić sobie fundamentalne pytanie: dlaczego cierpimy?

Tylko wtedy, gdy zrozumiemy istotę cierpienia, uda nam się zbudować spójny model jego leczenia. By z kolei pojąć istotę cierpienia, trzeba najpierw zrozumieć różnicę między bólem a cierpieniem. Ból jest czymś, czego człowiek w swoim życiu nie zdoła uniknąć. Wszyscy, których kochamy, odejdą kiedyś do wieczności, a wszystko, co posiadamy, utracimy w momencie śmierci albo jeszcze za życia. Możemy zareagować na nieunikniony ból na dwa sposoby. Człowiek ze złamanym sercem, który postanawia już więcej nie kochać, staje się osobą o pustym sercu. Człowiek ze złamanym sercem, który nadal będzie potrafił kochać, zachowa serce przepełnione uczuciem. Choć wie przy tym, że wszystkich najbliższych kiedyś odbierze mu śmierć albo sami od niego odejdą. Dlatego na świecie są tylko dwa rodzaje serc: puste i kochające. Trzeba wiele odwagi, by stawić czoła nieuniknionym stratom i mimo to nadal kochać oraz pozostawać otwartym na życie.

Strata i rozczarowanie są nieodłącznym elementem każdej relacji międzyludzkiej. Każdy z nas chce czegoś od swoich najbliższych. Jednak oni mają tylko trzy możliwości: mogą od razu dać nam to, czego chcemy, odłożyć to na później lub nas rozczarować. Nie mogą zawsze pragnąć tego samego, co my. A nawet jeśli chcieliby spełnić nasze życzenia, mogą nie mieć takiej możliwości. Konflikt między pragnieniem a rzeczywistością jest wpisany w ludzką egzystencję. Unikamy tego konfliktu i bólu życia, stosując mechanizmy obronne, a to z kolei przynosi nam cierpienie. Zamiast stawić czoła rzeczywistości uciekamy od niej, niezdolni już do tego, by sobie z nią skutecznie poradzić. To dlatego Budda powiedział, że nasze pragnienia są źródłem cierpienia. Dzieje się tak, kiedy pragniemy czegoś, czego nie możemy dostać lub co w realnym świecie w ogóle nie istnieje. Po skonfrontowaniu pragnień z rzeczywistością uświadamiamy sobie, że ludzie nie zawsze chcą tego, czego my chcemy, nie zawsze mogą nam to dać, a w ogóle nasza fantazja i świat wokół nas to dwie różne rzeczy.

Jon Frederickson “Współtworzenie zmiany. Skuteczne techniki terapii dynamicznej” wydawnictwo Harmonia Universalis. Gdańsk, 2014, s. 13
Przygotował Tomasz Pawełczyk

Mała przypominajka o higienie zdrowia psychicznego.. dbanie o układ nerwowych jest tak samo ważne, jak mycie zębów.
16/07/2026

Mała przypominajka o higienie zdrowia psychicznego.. dbanie o układ nerwowych jest tak samo ważne, jak mycie zębów.

🎬🍿Kinematografia i terapia mają za sobą długą historię. To przecież filmy Woody’ego Allena spopularyzowały psychoanalizę...
14/06/2026

🎬🍿
Kinematografia i terapia mają za sobą długą historię. To przecież filmy Woody’ego Allena spopularyzowały psychoanalizę, dzięki czemu na kolejne dekady żaden filmowy intelektualista nie mógł się obyć bez regularnych sesji na kanapie. Seriale o terapii przejęły tę rolę pokazując nie tylko mnogość terapii, ale także oswajając z nią widzów. Od komedii po thrillery, które seriale pokazują terapię najlepiej?

💬
Żyjemy w czasach paradoksu. Z jednej strony głośno mówi się o problemach psychologicznych, niektórzy nazywają nasze czasy nawet przeterapeutyzowanymi, zaś w nawet codziennych rozmowach sięgamy po język znany z terapii. Z drugiej strony mamy zaś niespotykany wcześniej kryzys zdrowia psychicznego. Nie więc dziwnego, że seriale o terapii budzą ciekawość. Są szansą, aby zerknąć jak wygląda ten proces, a przecież wiele z nas w jakimś momencie życia rozważa podjęcie psychoterapii. W Stanach Zjednoczonych można nawet oglądać reality show poświęcony terapii dla par "Couples therapy". Dla tych, którzy uczynili ten krok, seriale o terapii są natomiast okazją, aby zajrzeć na zaplecze, pofantazjować o tym co tak naprawdę myśli o nas nasz stoicki terapeuta i jak wygląda jego życie.

https://twojstyl.pl/artykul/7-seriali-z-terapia-w-roli-glownej-czemu-lubimy-seriale-o-terapii,aid,8464?fbclid=IwdGRjcASbN31jbGNrBJs3EmV4dG4DYWVtAjExAHNydGMGYXBwX2lkDDM1MDY4NTUzMTcyOAABHveZ_aywJo6OgoVQxXIaDxbvtW13O6BrUbg50q4x4Jz0I_G5_BUaRoeBQaoB_aem_vh0PBps0EcGG1DGPOvW1mw

Kinematografia i terapia mają za sobą długą historię. To przecież filmy Woody’ego Allena spopularyzowały psychoanalizę, dzięki czemu na kolejne dekady

Zadała jedno pytanie, które wprawiło wszystkich w dyskomfort:dlaczego oczekujemy od kobiet, że będą „łatwe do kochania”,...
05/05/2026

Zadała jedno pytanie, które wprawiło wszystkich w dyskomfort:

dlaczego oczekujemy od kobiet, że będą „łatwe do kochania”, podczas gdy mężczyźni mają prawo być skomplikowani?

Odpowiedź obnaża przekonanie, które powielamy od pokoleń.

W 2006 roku Esther Perel pracowała z parą stojącą na progu rozwodu. Historia była znajoma.
Żona była wyczerpana – przez dwadzieścia lat próbowała być wszystkim naraz: atrakcyjna, ale nie zagrażająca; niezależna, ale nie zdystansowana; spełniona, ale nie „onśmielająca”. Dopasowywała się tak bardzo, że przestała rozpoznawać samą siebie. A mimo to usłyszała, że jest „kontrolująca”.
Mąż był sfrustrowany. Miał romans i chciał, żeby żona zrozumiała, że to „nie o nią chodzi” – tylko o jego potrzebę wolności, tajemnicy i ekscytacji. Oczekiwał wybaczenia bez konieczności zmiany.

Najbardziej uderzające było to, że wszyscy w gabinecie – łącznie z żoną – uznali to za w pewnym sensie „zrozumiałe”.
Jakbyśmy wszyscy przyswoili pewną toksyczną zasadę: mężczyźni mają prawo być skomplikowani, a kobiety mają upraszczać rzeczywistość.
Jako psychoterapeutka pracująca międzykulturowo, Esther zaczęła zadawać niewygodne pytania:

Dlaczego męską złożoność nazywamy „głębią” albo „tajemnicą”, a kobiecą – „dramatem” czy „nadmiernymi potrzebami”?
Dlaczego męskie pragnienie traktujemy jak siłę natury, a kobiece – jak coś niewidzialnego albo niebezpiecznego?
Dlaczego kobiety mają „być łatwe do kochania”, a mężczyźni mogą po prostu być?
Odpowiedzi nie są wygodne.
Przez wieki kobiety uczono, że aby być kochanymi, muszą być proste, przewidywalne i „nie za bardzo”.
Mężczyznom pozwalano być pełnymi sprzeczności – ich ciemność interpretowano jako głębię.
Kobiety natomiast wkładano w schematy: albo „święta”, albo „uwodzicielka”. Wybierz jedną rolę i się jej trzymaj.

Gdy zdradza mężczyzna – pytamy, czego mu brakowało.
Gdy zdradza kobieta – pytamy, co jest z nią nie tak.
Mężczyźni dostają ciekawość.
Kobiety – ocenę.

W książkach takich jak Mating in Captivity czy The State of Affairs Esther nie tylko opisuje ten podwójny standard – ona go podważa. Pokazuje, że pożądanie potrzebuje przestrzeni, tajemnicy i autonomii. Tymczasem kobiety uczone są bycia stale dostępnymi i „czytelnymi”. A potem dziwimy się, że znika namiętność.
Oczekujemy od kobiet jednocześnie emocjonalnej stabilności i spontaniczności seksualnej – dwóch rzeczy, które często się wykluczają.
Kiedy to się nie udaje, uznajemy, że „problem leży w kobiecie”.
Ale sedno jest gdzie indziej.

Złożoność nie jest wadą. Jest człowieczeństwem.

Kobieta, która jest pełna sprzeczności, nie jest „trudna do kochania” – ona po prostu przestaje być łatwa do kontrolowania.
A „łatwa do kochania” bardzo często oznaczało „łatwa do zarządzania”.
To, co proponuje Esther, nie jest przyzwoleniem na brak odpowiedzialności.
To zgoda na bycie człowiekiem.
Dziś jej przekaz pozostaje jednym z najważniejszych we współczesnej terapii relacji:
Kobiety nie mają obowiązku być łatwe do zrozumienia.
Mężczyźni nie mają prawa oczekiwać miłości pozbawionej złożoności.
Relacje nie polegają na znalezieniu kogoś prostego.
Polegają na tworzeniu przestrzeni dla kogoś prawdziwego.
Jeśli to jest skomplikowane – dobrze.
Ludzie są skomplikowani. I miłość powinna być na tyle pojemna, żeby to unieść.

..."Natura leczy, a lekarz w międzyczasie zabawia pacjenta - to powszechnie znane w Czechach powiedzenie Voltaire'a możn...
17/04/2026

...
"Natura leczy, a lekarz w międzyczasie zabawia pacjenta - to powszechnie znane w Czechach powiedzenie Voltaire'a można również odnieść do psychoterapii.

Jeśli próbujemy pomóc pacjentowi, ryzykujemy, że przeszkodzimy naturalnym procesom leczenia. Pomagając, prawdopodobnie forsujemy własne wyobrażenia o tym, jaki powinien być pacjent.
Być może moglibyśmy nawet powiedzieć, że jako terapeuci jesteśmy opłacani za to, czego nie robimy. Jesteśmy szkoleni, aby okiełznać nasze instynktowne reakcje pomocowe i być w sytuacji terapeutycznej bez żadnego kierunku lub oczekiwań. Płacą nam za to, byśmy wytrzymali naszą bezsilność i pozostali prawdziwie i swobodnie obecni. Kiedy w ten sposób przekształcamy nasze współbycie z pacjentem, otwiera sie możliwość przekształcania całej sytuacji. Sama sytuacja może zacząć samoistnie się uwalniać. Zaburzone utrwalone procesy zaczynają sie rozluźniać i zmieniać kierunek, aby uwolnić potencjał sytuacji dla maturalnej dynamiki pola, niezależnie od tego, jaką przybierze formę.
(...)
W trakcie psychoterapii nie staramy sie złagodzić bólu, ale raczej pomagamy pacjentowi przez niego przejść. Naszym zamiarem jest ukojenie cierpienia związanego z nieznośną samotnością. Dzięki naszej obecności pomagamy pacjentowi rozpocząć odczuwanie bólu, odzyskać odczuwanie samych siebie. Aby ruszyli w stronę ciemności i przez nią przeszli. Naszym zamiarem jest stworzenie relacji, w której nie ma już potrzeby chronienia się przed cierpieniem, znieczulania sie - zaoferowanie pacjentowi relacji, w której objawy depresji nie sa dłużej potrzebne."

🤔 Obrażanie się to manipulacja?• Kamila Drężek: – Bywa nią, gdy jest używane jako część strategii, która ma na celu wpęd...
30/03/2026

🤔 Obrażanie się to manipulacja?

• Kamila Drężek: – Bywa nią, gdy jest używane jako część strategii, która ma na celu wpędzenie nas w poczucie winy, wymuszenie określonego zachowania, na przykład przeprosin. Osoby o cechach narcystycznych mają skłonność do takich zachowań, określanych jako karanie ciszą.

Ale takie zachowanie nie musi być zawsze wyrachowaną metodą cynicznego gracza. Czasem zamiast stawić czoła trudnej sytuacji, uciekamy się do schematu, który jest prostszy w realizacji niż otwarta komunikacja, ale też mniej dojrzały. To reakcja typu: zabieram swoje zabawki i idę do innej piaskownicy. Albo wręcz: siadam na ławce i płaczę, a ty patrz, jak cierpię! To sposób na to, by pokazać, że w relacji zdarzyło się coś, co nas zezłościło, sprawiło nam przykrość… Druga strona nie do końca wie co, ale widzi pewną demonstrację, że nie jest tak jak dawniej.

• Ma się domyślić. A potem pokajać się i przeprosić.

– Niekiedy na pewno tak. Nawet badania pokazują, że osoby ignorowane często internalizują winę. Biorą ją na siebie, mimo że jej nie ponoszą. Milczenie jest bierną agresją. Nie daje szansy na obronę, bo nie ma konkretnego zarzutu, na który można odpowiedzieć.

• Może by padł, gdybyśmy usiedli i porozmawiali o tym, co się zdarzyło, ale z tym w relacjach mamy największy problem.

– Do tego trzeba mieć zdolność rozumienia, co się z nami dzieje, obserwowania swoich emocji i adekwatnego reagowania. Obrażanie się to sięganie do niedojrzałego kawałka siebie, który dużo o nas mówi. Pokazuje, że brak nam umiejętności radzenia sobie z emocjami, co może się wiązać z niepewnością czy niską samooceną. A czasem brakuje nam umiejętności związanych z asertywnością, stawianiem granic. Uciekamy się do formy pośredniej, obrażenia się, bo to chroni nas przed konfrontacją.

• Może to dobry moment, by się sobie przyjrzeć i dowiedzieć, co się kryje za taką reakcją?

– Zdecydowanie. Zadać sobie pytanie: dlaczego tak reaguję, wybieram obrażanie się? Czego mi brakuje, że nie mogę inaczej zareagować na tę sytuację? Czy nie umiem poradzić sobie z ogromem emocji, jakie przeżywam? Może wtedy lepiej poczekać chwilę, nabrać oddechu. Uporządkować to, co pochodzi ze mnie, a co naprawdę zrobiła druga osoba. Bywa, że reagujemy tak naprawdę na naszą interpretację sytuacji, a nie na to, co w istocie zrobiła druga osoba. Takie reakcje wypływają z naszej kruchej samooceny, ale też wzorców. Mogliśmy zaobserwować w dzieciństwie, że takie metody są skuteczne. Kiedy mama obrażała się na ojca, to ten przynosił kwiaty i próbował ją udobruchać. Kiedy siostra się obrażała, to rodzice próbowali wyciągnąć, o co jej chodzi. Mogliśmy nabrać przekonania, że obrażanie się to skuteczna strategia.

• Na co?

– Czasem chodzi o to, by wywalczyć lepszą pozycję. Wymusić na drugim, by to on wyciągnął rękę, zabiegał. Trudniej wyznać wprost: potrzebuję twojej uwagi. Zależy mi, żebyś zauważył moje emocje, mnie, potrzebuję ciebie. A dokładnie tego chcemy od drugiej osoby, jeśli się obrażamy, tylko źle to demonstrujemy. Co więcej, niewłaściwa reakcja może płynąć z całkiem mylnych założeń.

• To znaczy?

– To nie czyjeś zachowanie musi być raniące, tylko nasza jego interpretacja. Warto zastanowić się, czy przypadkiem sami nie nadaliśmy czemuś negatywnego, krzywdzącego nas wymiaru. Milcząc, nie pozwalamy też drugiej osobie na to, by nauczyła się naszej wrażliwości i potrzeb, zrozumiała, że pewne tematy mogą na nas działać jak płachta na byka. Chcemy o nich rozmawiać inaczej albo wolimy ich nie poruszać. Wiedząc, jaki kto jest, możemy być bardziej uważni na coś w kontakcie z tą osobą, a jednocześnie zachować autentyczność. Bo to właśnie ją tracimy, obrażając się. W relacji zostaje zaburzony przepływ. Czujemy, że coś się stało po drugiej stronie, ale nie wiemy co.

• Kiedy tak na to popatrzymy, obrażanie się przestaje być zwykłym strzeleniem focha. Staje się poważną przeszkodą w rozwoju relacji, czymś, co nie pozwala nam się poznawać.

– Może w ogóle ją pogrzebać, bo nie wiadomo, jak ktoś na nasze obrażanie się zareaguje. Niektórzy mogą mieć uraz do milknących osób, bo byli już tak traktowani w przeszłości i sama taka reakcja doprowadzi do tego, że skończą relację. Możemy też trafić na osobę, która będzie uległa i dążyła do tego, aby było miło. Cisza może w niej z kolei wywołać nieautentyczność, próby przywrócenia dobrej atmosfery, ale to będzie pozorne, bo nie dojdzie do prawdziwej rozmowy.

• A ci, którzy chowają urazę latami? Bywają osoby, które potrafią wypominać partnerowi coś, co się zdarzyło dwadzieścia lat wcześniej, nieustannie i z ogromnym dramatyzmem. Trwanie w urazie wydaje się częścią ich konstrukcji psychicznej, a może i strategii.

– Ile razy byśmy takiego kogoś przepraszali, to i tak ta rana jest nadal żywa. Trzeba by było sprawdzić, na ile chodzi o tę ranę, a na ile o coś, co się przeżywa w danym momencie i co uruchamia stare zatargi. Pielęgnowanie urazy to zgubny mechanizm, i też mamy wybór, czy w nim tkwić. Zadałabym takiej osobie pytanie: czego potrzebujesz, aby ta rana się zabliźniła? Może się okazać, że ktoś wcale tego nie chce, bo chodzi mu o to, by wiecznie używać tego jako argumentu i gnębić drugą stronę albo nie zajmować się innymi problemami w relacji, bo gdy wychodzą, zawsze w takiej chwili może wyciągnąć swojego asa z rękawa i wbić drugą stronę w poczucie winy, zamknąć jej usta.

• Czy to nie jest strategia, jaką lubią też osoby narcystyczne? Pokazać drugiej stronie, że zawiniła, ukarać ją, postawić się w pozycji wyższości?

– Tak, za narcyzmem stoi bardzo niska samoocena, więc te osoby muszą wiecznie reżyserować sytuacje, w których zyskują przewagę, pokazują siebie jako ofiarę czyichś złych zachowań, manifestują to, że coś poszło nie tak z czyjejś winy, by uzyskać kontrolę nad sytuacją i wymusić przeprosiny, narzucić podporządkowanie, potwierdzenie swojej wyższości. To wszystko nosi cechy manipulacji.

WO 10.03.2026

Obraz by Chat GPT

Adres

Warsaw
01-892

Godziny otwarcia

Poniedziałek 16:00 - 21:00
Wtorek 16:00 - 21:00
Środa 08:00 - 12:00
Czwartek 17:00 - 21:00
Piątek 08:00 - 14:00

Telefon

+48609774495

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Marta Jankowska opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Kontakt: Praktyka

Wyślij wiadomość do Marta Jankowska:

Skróty

Udostępnij

Kategoria