05/07/2026
Jednym z największych rozczarowań, z jakimi spotykają się osoby rozpoczynające terapię, jest odkrycie, że zdrowienie nie przypomina prostego marszu od cierpienia do szczęścia. Wiele osób spodziewa się, że z każdą kolejną sesją będzie odczuwać coraz większą ulgę, będzie mniej płakać, mniej się bać i szybciej odzyska dawną równowagę. Kiedy jednak po kilku tygodniach okazuje się, że emocji jest więcej niż wcześniej, pojawia się zwątpienie. Pojawiają się pytania, czy terapia na pewno działa i czy nie byłoby łatwiej po prostu wrócić do starego sposobu funkcjonowania.
Paradoks polega na tym, że właśnie ten moment bardzo często świadczy o tym, że proces zdrowienia rzeczywiście się rozpoczął.
Przez wiele lat układ nerwowy osoby po traumie koncentrował się przede wszystkim na przetrwaniu. Nie miał przestrzeni na przeżywanie emocji, żałoby czy złości, ponieważ cała energia była kierowana na utrzymanie względnego bezpieczeństwa. Organizm uczył się odcinać od uczuć, tłumić je lub zamrażać, ponieważ w określonym momencie życia właśnie to pozwalało przetrwać. Kiedy jednak w terapii pojawia się bezpieczna relacja, a organizm przestaje być nieustannie zajęty walką o przetrwanie, powoli zaczyna odblokowywać to, co przez lata było skutecznie ukrywane.
Dlatego wiele osób ma wrażenie, że terapia pogarsza ich stan. Nagle pojawia się więcej smutku, więcej złości, więcej wspomnień, więcej napięcia w ciele. W rzeczywistości nie są to nowe emocje. To emocje, które były obecne od dawna, lecz pozostawały poza świadomością, ponieważ układ nerwowy uznał, że ich przeżycie byłoby kiedyś zbyt obciążające. Współczesna psychoterapia traumy opisuje ten etap jako stopniowe odzyskiwanie dostępu do własnego doświadczenia, a nie jako cofanie się w procesie zdrowienia.
Na kolejnym etapie zaczyna zmieniać się sposób patrzenia na własne życie. Człowiek zauważa rzeczy, których wcześniej nie dostrzegał. Zaczyna rozumieć, że wiele zachowań, które uważał za swoją wadę, było w rzeczywistości strategią przetrwania. Nadmierne analizowanie, potrzeba kontrolowania wszystkiego, trudność z odpoczynkiem, nieustanne zadowalanie innych czy lęk przed odrzuceniem przestają być postrzegane jako cechy charakteru, a zaczynają układać się w logiczną historię adaptacji do trudnych doświadczeń.
To właśnie ten etap bywa jednym z najbardziej bolesnych. Razem z nowym rozumieniem pojawia się żal za utraconym dzieciństwem, za relacjami, których nigdy nie było, za bezpieczeństwem, którego organizm nigdy naprawdę nie zaznał. U wielu osób pojawia się również złość – nie dlatego, że terapia ją wywołuje, ale dlatego, że po raz pierwszy układ nerwowy uznaje, iż można ją bezpiecznie poczuć. Emocje, które wcześniej były zbyt niebezpieczne, zaczynają odzyskiwać swoje miejsce.
Równocześnie stare strategie przestają działać z taką siłą jak dawniej, ale nowe nie są jeszcze wystarczająco utrwalone. To etap, w którym wiele osób mówi, że czuje się zagubione. Nie chcą już wracać do dawnych schematów, ale jeszcze nie potrafią funkcjonować w nowy sposób. To zupełnie naturalny fragment procesu, ponieważ mózg i układ nerwowy potrzebują czasu, aby stworzyć nowe połączenia, nowe nawyki regulacji emocji i nowe sposoby budowania relacji z ludźmi.
Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że prawdziwe oznaki zdrowienia bardzo rzadko wyglądają spektakularnie. Nie polegają na tym, że człowiek nagle staje się nieustannie szczęśliwy ani że przestaje doświadczać trudnych emocji. Znacznie częściej zdrowienie objawia się w drobnych sytuacjach codziennego życia. Człowiek szybciej zauważa, że jest przeciążony. Potrafi odmówić bez paraliżującego poczucia winy. Nie bierze już automatycznie odpowiedzialności za emocje innych ludzi. Coraz łatwiej rozpoznaje sygnały płynące z własnego ciała, a po trudnym wydarzeniu wraca do równowagi szybciej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej.
To właśnie dlatego terapia nie polega na usuwaniu emocji ani wymazywaniu przeszłości. Jej celem jest odbudowanie poczucia bezpieczeństwa we własnym ciele, rozwinięcie zdolności do regulowania emocji oraz stworzenie takiej relacji z samym sobą, w której nie trzeba już żyć w nieustannym stanie alarmu. W pewnym momencie człowiek odkrywa, że jego życie nie jest już organizowane przez przeszłość, lecz przez teraźniejszość. Nie oznacza to, że trauma znika. Oznacza natomiast, że przestaje kierować każdą decyzją, każdą relacją i każdą emocją.
I właśnie wtedy pojawia się największa zmiana. Nie jest nią euforia ani nieustanne szczęście. Jest nią spokojne poczucie, że po raz pierwszy od wielu lat nie trzeba już przez cały czas walczyć o przetrwanie.
Joanna | I hear YOU