03/05/2026
Są takie momenty, kiedy wchodzimy w tunel z nadzieją, że po drugiej stronie szybko zrobi się jasno.
Psychoterapia bywa wtedy wyobrażona jak skrót — szybka ulga, szybkie „naprawienie”, szybki powrót do siebie.
Ale to rzadko tak działa.
Psychoterapia jest procesem.
Nie obietnicą natychmiastowej poprawy, tylko drogą, która dzieje się w relacji.
Czasem zaczyna się od światła — od ulgi, że ktoś słucha, rozumie, jest obok.
A potem przychodzi moment, kiedy robi się ciemniej. Bo żeby naprawdę coś się zmieniło, trzeba dotknąć tego, co było omijane, tłumione, przykryte.
To właśnie ten tunel.
Niektórzy zatrzymują się wtedy i zawracają.
Bo nie tego się spodziewali.
Bo miało być szybciej, lżej, prościej.
A jednak to przejście ma sens.
Bo po drugiej stronie nie czeka „lepsza wersja siebie” zbudowana na skróty —
tylko bardziej prawdziwe życie.
Kluczowe jest przymierze.
Sojusz, w którym nie idzie się samemu.
Terapeuta nie „naprawia” z zewnątrz.
Staje raczej ramię w ramię z tym, co żywe w pacjencie — z jego sercem, z jego zdolnością do czucia —
i wspólnie mierzą się z tym, co przez lata oddzielało od życia.
Z różnymi obronami.
Tymi subtelnymi i tymi bardzo silnymi.
Nie po to, żeby je zniszczyć,
ale żeby zobaczyć, co chronią — i czy nadal są potrzebne.
Czasem droga do ponownego rozkwitu prowadzi właśnie przez ciemność.
Przez złość, smutek, lęk, żal.
Ale nie w samotności.
I może to jest najważniejsze —
że nawet w najciemniejszym fragmencie tunelu ktoś idzie obok.