17/08/2026
W zoo widać to wyraźnie.
Niedźwiedź, który przez cały dzień chodzi tam i z powrotem po tej samej linii. Słoń kołyszący się godzinami w miejscu. Papuga wyrywająca sobie pióra. Wielki kot przemierzający wciąż tę samą krótką trasę.
Nazywamy to zachowaniami stereotypowymi - powtarzalnymi, często pozbawionymi widocznego celu zachowaniami, które szczególnie często obserwuje się u zwierząt żyjących w niewoli. Potocznie mówi się o zoochozie.
Rzecz w tym, że problem nie leży w zwierzęciu.
Leży w sztucznym świecie, do którego zwierzę zostało włożone.
Niedźwiedź ma ciało stworzone do przemierzania ogromnych przestrzeni, eksplorowania, szukania pożywienia, reagowania na zmieniające się otoczenie. Kiedy jego świat kurczy się do kilkudziesięciu metrów, potrzeba ruchu nie znika.
Nie ma kilometrów - zostaje pętla.
I kiedy na to patrzę, trudno mi nie pomyśleć o nas.
Bo być może człowiek również często żyje w środowisku, które zaspokaja jego podstawowe potrzeby biologiczne, a jednocześnie jest głęboko niezgodne z tym, do czego przez miliony lat przystosowywało się jego ciało i psychika.
Wyjęci z rytmu światła i ciemności.
Z wielogodzinnego ruchu.
Z bezpośredniego kontaktu z ziemią, wodą, pogodą, roślinami i zwierzętami.
Z małych społeczności, w których znaliśmy ludzi wokół siebie i sami byliśmy znani.
Z pracy, której początek, wysiłek i rezultat można było zobaczyć.
W zamian dostaliśmy krzesło, samochód, sztuczne światło, powiadomienia, niekończący się strumień informacji i ekran, który potrafi dostarczyć więcej bodźców w godzinę, niż kiedyś spotykaliśmy przez wiele dni.
I zaczynamy chorować.
Bezsenność.
Lęk, któremu trudno przypisać jeden konkretny przedmiot.
Jedzenie, które nie jest głodem.
Scrollowanie, które dawno przestało być ciekawością.
Praca, która nie kończy się wraz z zachodem słońca.
Kompulsje, które nie są już wyborem.
Ta sama myśl chodząca w kółko po tej samej linii.
Po tej samej linii.
Oczywiście nie twierdzę, że każdy objaw psychiczny można sprowadzić do niedopasowania człowieka do współczesnego świata. Psychika jest znacznie bogatsza. Znaczenie mają nasze historie, relacje, traumy, temperament, biologia, warunki społeczne. Część cierpienia wymaga też realnego leczenia i nie ma sensu tego romantyzować.
Ale może czasem zbyt szybko pytamy:
„Co jest ze mną nie tak?”
Zamiast zapytać:
„Co jest nie tak z warunkami, w których próbuję żyć?”
Albo jeszcze inaczej:
„Czego mój organizm próbuje bezskutecznie doświadczyć?”
Czego brakuje?
Ruchu?
Ciszy?
Dotyku?
Kontaktu z ludźmi?
Samotności?
Natury?
Zabawy?
Zmęczenia ciała zamiast zmęczenia głowy?
Poczucia przynależności?
Robienia czegoś rękami?
Możliwości krzyczenia, biegania, tańczenia, płakania, odpoczywania?
W pracy z procesem szczególnie bliska jest mi perspektywa, że objaw nie jest po prostu usterką, którą trzeba jak najszybciej usunąć.
Jest komunikatem.
Organizm próbuje zrobić coś, czego nieświadomie mu nie pozwalamy. Psychika próbuje odzyskać fragment doświadczenia, który nie mieści się w naszym aktualnym sposobie życia.
Dlatego oprócz pytania:
„Jak pozbyć się tego objawu?”
warto zapytać:
„Dokąd ten objaw próbuje mnie zaprowadzić?”
Bo niedźwiedź chodzący godzinami wzdłuż ogrodzenia nie potrzebuje terapii chodzenia w kółko.
Potrzebuje świata, w którym nie musi chodzić w kółko.
Potrzebuje lasu.
I może część tego, co tak zaciekle próbujemy w sobie naprawić, również nie jest defektem.
Może jest tęsknotą.
Energią, która została zamknięta.
Ruchem, który nie może się dokończyć.
Życiem, które nie ma dokąd pójść. 🌿