20/05/2022
Która rodzina ważniejsza?
Ewa Pągowska: Czy od początku związku warto też mówić o finansach? Na przykład sprzeciwić się wydawaniu oszczędności na rodzinę pochodzenia?
Zofia Milska-Wrzosińska: Pieniądze trzeba traktować tak samo jak inne ograniczone zasoby. Jeśli kosztem nowej rodziny dofinansowujemy rodzinę pochodzenia, to znaczy, że zasoby są źle rozdzielone i trzeba się temu przyjrzeć.
EP: Myślałam, że kwestia finansowa jest trudniejsza do rozwiązania.
ZMW: Ja bym powiedziała, że łatwiejsza, bo pieniądze są wymierne. Można powiedzieć: „Pożyczyliśmy twojej siostrze na mieszkanie, a sami od trzech lat odkładamy remont kuchni, bo nie mamy na niego pieniędzy.” Nie trzeba się długo zastanawiać, żeby dojść do wniosku, że doszło do niesprawiedliwej dystrybucji. O wiele trudniejsza może być rozmowa na temat takich niewymiernych rzeczy jak emocjonalne zaangażowanie. Czasem żona ma pretensje, że kiedy mąż spotyka się z rodzicami jest wesoły, promieniujący radością, traktuje te kontakty jak święto, a kiedy jest w domu, głównie siedzi naburmuszony przy komputerze. Wtedy często pojawia się konstatacja: „Gdyby tam nie jeździł, to między nami byłoby lepiej. Oni na pewno go buntują”
EP: Mogą buntować.
ZMW: Mogą. Jak najbardziej. Tyle, że samo buntowanie związku nie zniszczy. Jeśli ludziom w małżeństwie w miarę dobrze się układa, to na ogół nie są na tyle bezmyślni, żeby psuć swoje relacje tylko dlatego, że ktoś ich nastawia przeciwko partnerowi.
EP: Jednak każdy związek kiedyś przechodzi kryzys i jeśli wtedy teściowa zacznie buntować męża przeciwko żonie, to jej słowa trafią na podatny grunt i związek rzeczywiście może na tym ucierpieć.
ZMW: Pani teraz robi coś, co wiele par robi w chwilach kryzysu – umieszcza przyczynę problemów na zewnątrz, czyli nie tam, gdzie ona leży. Tak robią często zdradzone żony, które swoją złość kierują głównie na kochankę męża.
EP: Ona była podła, bo go uwiodła, a biedny misiaczek pozwolił się uwieść?
ZMW: Tak. Kiedy coś złego dzieje się w związku, jest silna pokusa, by szukać przyczyny na zewnątrz i rodzina pochodzenia jest dość dobrym kandydatem do roli winnego. Można powiedzieć „bo oni go buntują” ale też „bo tak go wychowali” czy „bo cokolwiek zrobi, to będą się nim zachwycać”. Tymczasem trzeba zadać sobie pytanie czego dotyczy nasz problem, jak mamy sobie z nim poradzić, a nie zajmować się tym, co robią krewni. Nawet, jeśli para jest w kryzysie i teściowie mówią synowi, że ma złą żonę, to nie będzie mieć decydującego wpływu na jego małżeństwo. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy ten mężczyzna jest nieodseparowany.
EP: Co to dokładnie znaczy?
ZMW: Jest taki klasyczny opis rozwoju człowieka stworzony przez brytyjskiego psychoanalityka Ronalda Fairbairna kilkadziesiąt lat temu, ale wciąż aktualny. Według niego w dzieciństwie jesteśmy w pozycji niedojrzałej zależności, sami nie przeżyjemy, więc oczekujemy, że dorośli się nami zajmą, zaspokoją nasze potrzeby. To jest zrozumiałe i prawidłowe. Potem w procesie dojrzewania nabywamy umiejętność tworzenia związków na bazie dojrzałej wzajemności, która polega na tym, że obie strony coś biorą i coś dają. Istnieje symetria. O nieodseparowaniu mówimy, gdy ktoś pozostał w relacji nadmiernej zależności od rodziny pochodzenia, czyli np. fakt, że rodzice mają pretensje o cokolwiek, jest dla niego nie do zniesienia. Tak jak dla dziecka, któremu świat się kończy, gdy widzi, że mama jest smutna czy zła z jego powodu. Natomiast jeśli ktoś jest odseparowany, to na uwagę „od czasu kiedy się ożeniłeś, rzadziej nas odwiedzasz” zareaguje spokojnie, pomyśli np. „rozumiem, że im trochę mnie brakuje, bo kiedyś widywaliśmy się częściej, ale z drugiej strony teraz najważniejszą dla mnie rodziną jest żona i dwójka dzieci”.
EP: Można powiedzieć, że jedna rodzina jest ważniejsza od drugiej?
ZMW: To trudne do przyjęcia, ale jednak w zasadzie tak. Uważa się, że rodzina, którą się stworzyło powinna być dla nas emocjonalnie ważniejsza od tej, z której pochodzimy. Odseparowanie nie oznacza niczego złego, nie oznacza opuszczenia, tego, że przestajemy kochać rodziców i rodzeństwo tylko, że w naszej hierarchii nie są już na pierwszym miejscu. Kiedy znajdą się w trudnej sytuacji, pomagamy, ile możemy, ale nie jesteśmy emocjonalnie bardziej zaangażowani w ich sprawy niż w sprawy partnera czy naszych dzieci.
fragment rozmowy dla Wysokich Obcasów
fot Jens Lelie