27/08/2026
Czasem nawet w pozornie najbardziej sprzyjających okolicznościach, w stanie wymedytowanego spokoju, przychodzi moment, w którym czuję, jakbym wpadła w jakąś głęboką studnie. I nic już nie widzę.
To ciekawe, bo wydawało mi się, że coś już ucichło, jest uśpione, oswojone. A jednak czasem wystarczy chwila, żeby doszło do głosu, to co uspokoiłam.
I dziś tak miałam. Próbowałam nie uciekać, nie zagłuszać, nie naprawiać na siłę.
No i nie przekonywać siebie, że przecież „wszystko jest ok”.
Zatrzymałam się i próbowałam przyjrzeć temu, co się ze mną dzieje.
Co właśnie we mnie woła o uwagę?
Czego jeszcze nie zauważyłam?
Co potrzebuje zaopiekowania?
Gdzie mnie boli, choć może nauczyłam się tego bólu nie czuć?
I chyba najważniejsze na co wpadłam- gdzie mam się przytulić w sobie?
Bo może ten osiągnięty wcześniej spokój nie polega na tym, że już nigdy nie spadamy.
Może chodzi o to, że kiedy spadamy, coraz lepiej wiemy, jak być przy sobie.
I ja dzisiaj najbardziej potrzebowałam własnych ramion.
No i ramion Bohatera :))