Neurochirurg Wrocław

Neurochirurg Wrocław konsultacje neurochirurgiczne ☎️Rejestracja tel. +48 537446637 Wrocław ul.Kunickiego 57A

Konsultacje neurochirurgiczne, ocena badań obrazowych : rezonans magnetyczny (MRI ) i tomografii komputerowej (TK, angio-Tk) kwalifikacje do operacji mózgu , kręgosłupa i nerwów obwodowych,
kwalifikacje do neurorehabilitacji metodą tDCS, Mikropolaryzacja mózgu

[FELIETON EKSPERCKI dla Polityka Zdrowotna]Lekarzom wystawiamy rachunek za błędy systemu Gen. broni prof. dr hab. n. med...
25/07/2026

[FELIETON EKSPERCKI dla Polityka Zdrowotna]
Lekarzom wystawiamy rachunek za błędy systemu

Gen. broni prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak w autorskim eseju dla Polityki Zdrowotnej: za medialnymi przykładami rekordowych wynagrodzeń, wieloetatowości i konfliktów interesów stoi głębszy problem.

Debata o zarobkach lekarzy w Polsce sprowadza złożony kryzys ochrony zdrowia do prostego pytania o winę jednostek. Gen. broni prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak w autorskim eseju pokazuje, że za medialnymi przykładami rekordowych wynagrodzeń, wieloetatowości i konfliktów interesów stoi głębszy problem: system, który przez lata premiował dyspozycyjność bez granic, liczbę świadczeń, siłę negocjacyjną i rozliczeniową logikę płatnika. To tekst o pokusach wpisanych w organizację pracy lekarzy, ranie moralnej medyków i państwie, które nie może przerzucać odpowiedzialności za własne bodźce wyłącznie na sumienie jednostki.

„A dzisiaj, o, ironio! ofiarują serce i wielbią – chwałą darzą – kogóż to? mordercę!” Słowa te wypowiada lekarz. Goethe umieścił je w „Fauście”, w scenie przed bramą miejską: tłum wdzięcznych mieszczan wiwatuje na cześć medyka, który niósł pomoc w czasie zarazy, a uhonorowany przyjmuje hołd z goryczą, bo zna prawdę o miksturach podawanych wtedy chorym – „umierali – nie wiedząc przez kogo i z czego”. Dwieście lat później, w czerwcu 2026 r., Polska odegrała tę scenę à rebours. Tłum nie ofiarowuje już lekarzowi serca – wystawia mu rachunek, jedynie samotność człowieka zawieszonego między publicznym obrazem a własną prawdą pozostała ta sama.

Spór wybuchł, gdy dwudziestodziewięcioletni lekarz w trakcie specjalizacji, koordynator oddziału ratunkowego jednego z warszawskich szpitali, wykazał w oświadczeniu majątkowym za 2025 r. ponad 1,6 mln zł przychodu z usług medycznych, a jego temperaturę najpełniej widać, jak zwykle, w mediach społecznościowych. Na platformie X dominują obliczenia prowadzone na oczach setek tysięcy użytkowników: żeby wypracować taki przychód, trzeba by przyjmować po 11 godzin dziennie bez jednego dnia przerwy przez cały rok, a zatem – konkludują komentujący – uczciwie się nie da. Głosy obrony, że skrajne przypadki nie opisują środowiska, że mediana to zupełnie inne pieniądze, że stawki windują niedobory kadrowe – toną w chórze żądań pełnej jawności kontraktów i kontroli czasu pracy.

Przekaz trafił na przygotowany grunt: w sondażu CBOS dla „Dziennika Gazety Prawnej” z 22 czerwca 48,8 proc. badanych uznało wynagrodzenia medyków za zbyt wysokie, a SW Research w szczycie medialnej burzy notował już 61 proc. przekonanych, że lekarze zarabiają zbyt dużo, wobec 16,6 proc. będących przeciwnego zdania. W takiej atmosferze emocje przestały być komentarzem do sprawy – stały się jej motorem. Oskarżenia z łamów prasy i nastroje społeczne złożyły się na portret zbiorowy: chciwość, cwaniactwo rozliczeniowe, nielojalność względem publicznej misji i znieczulica wobec chorego, za którego plecami liczy się faktury. Domyka go wniosek zwykle niewypowiadany: skoro zachowania są naganne, ich źródłem muszą być moralne przywary jednostek, a wtedy wystarczy winnych wskazać, policzyć i ukarać.

Zepsuty system czy zepsuty człowiek?

Pytanie, jak zwykli ludzie gubią się w niezwykłych okolicznościach, ma odpowiedź starszą niż psychologia eksperymentalna. Hannah Arendt sformułowała na początku lat 60. diagnozę, która opisuje mechanikę zła systemowego: nie potrzebuje ono demonicznych charakterów – wystarczą przeciętni ludzie, procedury i zawieszone myślenie, czyli stan, w którym człowiek przestaje widzieć własne działanie z zewnątrz, bo widzi już tylko przepis, limit i rubrykę. Banalność zła, jak to nazwała, nie umniejsza winy – tłumaczy, skąd wina bierze się u ludzi, którzy demonami nie są.

Psychologia dostarczyła tej intuicji najgłośniejszej ilustracji w stanfordzkim eksperymencie więziennym Philipa Zimbarda z 1971 r., opisanym po latach w „Efekcie Lucyfera”. Metodę tę dziś słusznie się krytykuje, wnioski pozostają jednak zbieżne z wynikami powtarzanych od lat 60. badań nad posłuszeństwem wobec autorytetu: o moralnym zachowaniu człowieka w mniejszym stopniu rozstrzyga charakter, w większym sytuacja, w którą go wstawiono, i system, który tę sytuację zaprojektował.

Amerykańscy lekarze Wendy Dean i Simon Talbot w 2018 r. dowodzili, że zjawisko nazywane wypaleniem zawodowym jest w istocie raną moralną, a różnica między jednym a drugim rozpoznaniem nie jest bynajmniej akademicka. Wypalenie brzmi: „nie mam już siły” i sugeruje defekt jednostki, która nie udźwignęła ciężaru zadań i okoliczności, podczas gdy rana moralna mówi: „stałem się kimś, kim nie chciałem być” i wskazuje na niemożność zapewnienia choremu należytej opieki z powodu ograniczeń leżących poza kontrolą lekarza. Problem mieszka, jak piszą autorzy, „w zepsutym systemie, a nie w zepsutej jednostce”. Ustalenie adresu ma więc zasadnicze znaczenie dla rokowania: zdarzenie rani raz, system – seryjnie, dzień po dniu. Mechanizm tej kumulacji opisały Elizabeth Epstein i Ann Hamric jako „osad moralny”: każdy nierozwiązany epizod zostawia ślad, kolejne uderzają w to samo miejsce coraz mocniej, a psychika broni się tym, czym dysponuje – znieczuleniem, cynizmem, wycofaniem, w końcu odejściem z zawodu. Katalog tej obrony wrócił w czerwcowej krajowej publicystyce niemal słowo w słowo – znieczulica, cynizm, obojętność – tyle że jako akt oskarżenia, który z objawów rany uczynił dowód winy.

Zasadność tego zarzutu można także sprawdzić empirycznie: polskie badania pozwalają prześledzić, kiedy opisany mechanizm zaczyna działać – i wskazują, że uruchamia się na długo przed wejściem na rynek pracy. Na studia medyczne nie trafiają cynicy. Badanie, które towarzyszyło grupie studentów od pierwszego do szóstego roku, na szczycie hierarchii motywów wyboru zawodu stale notowało chęć pomagania ludziom i zainteresowania naukowe. Zmieniało się co innego: priorytety. Wśród 334 studentów trzech roczników pierwszy rok cenił jeszcze prestiż, dochody i osiągnięcia, czwarty – już spokój, relacje i radzenie sobie ze stresem, a najwyższy poziom obciążenia przypadał dokładnie na próg kliniki, na pierwsze zetknięcie z realiami oddziału.

Żadne z dotychczasowych badań nie mierzy „utraty moralności”, za to każde rejestruje ślad, jaki na postawach medyków zostawia środowisko pracy. Portret, który się z nich wyłania, jest odwrotnością medialnego wizerunku: do zawodu wchodzą ludzie o silnym rdzeniu prospołecznym, a system, od sali wykładowej po grafik dyżurów, ściera go warstwa po warstwie. Wracając do tytułowego pytania: zepsuty system czy zepsuty człowiek? Wszystko, co dotąd zmierzono, daje jedną odpowiedź: człowiek przychodzi zdrowy – psuć zaczyna się dopiero w środku.

Kryzys, który stał się normą – medycyna bez osłon

Polska nie potrzebowała pandemii, by wytworzyć warunki, w których rana moralna staje się chorobą zawodową – wystarczyło jedno: sposób, w jaki płatnik publiczny zorganizował codzienne funkcjonowanie systemu. W medycynie ratunkowej i lotnictwie funkcjonuje pojęcie CRM, Crisis Resource Management – zarządzania zasobami w warunkach kryzysowych: ostrego niedoboru, presji czasu i wysokiej ceny błędu. Reguły CRM zakładają jednak kryzys rozpoznany i ograniczony w czasie – z przywództwem, jawnymi zasadami segregacji i zespołowym omówieniem po zdarzeniu, które służy wyciąganiu wniosków, a nie wskazywaniu winnych. Polski lekarz otrzymał z tego zestawu wyłącznie warunki: kryzys, zamiast pozostać wyjątkiem od normy, sam stał się normą – codziennym środowiskiem pracy, bezterminowym i ogołoconym ze wszystkich wymienionych osłon.

Z raportu Fundacji Onkologicznej Alivia wynika, że 37 proc. pacjentów onkologicznych czeka na diagnozę dłużej niż trzy miesiące, a co piąty dłużej niż pół roku. Metaanaliza opublikowana w „BMJ” w 2020 r. wycenia ten czas z chłodną precyzją: czterotygodniowe opóźnienie leczenia onkologicznego podnosi ryzyko zgonu o 6-13 proc., dwunastotygodniowe – nawet o 26 proc. Lekarz, który zna te wartości, codziennie ustala kolejność chorych, a każde „tak” dla jednego pacjenta jest niewypowiedzianym „poczekaj” dla innego. Decyzje o dzieleniu niedoboru powinny w demokratycznym państwie mieć jawne reguły i tryb odwoławczy – polski system zsuwa je do gabinetu, dyżurki i działu rozliczeń. Klinicysta nie dostał nawet nazwy dla tego, co robi – dostał w zamian twarz pacjenta, któremu właśnie przesunął termin. Skutek jest podwójny: chory ponosi mierzalne ryzyko kliniczne, lekarz – niemierzalny koszt moralny, bo decyzję o racjonowaniu, z natury systemową, internalizuje jako osobistą winę.

Do rozstrzygnięć o kolejności system dokłada decyzje jeszcze bardziej gorzkie – i nie jest to przypadłość jednej placówki, ale rutynowa praktyka podmiotów leczniczych finansowanych ze środków publicznych. Konstrukcja pakietu onkologicznego uzależnia zapłatę nie od tego, czy leczenie było konieczne i skuteczne, ale od tego, czy świadczeniu przypisano właściwy kod rozliczeniowy i czy dokumentacja sprawozdawcza wymagana przez płatnika powstała na ściśle określonym etapie procesu diagnostyczno-terapeutycznego. Świadczenia ratujące życie, wykonane w trybie nagłym – bez karty diagnostyki i leczenia onkologicznego (DiLO), której wystawienie przed rozpoczęciem terapii bywa formalnie niewykonalne, jak w ostrej białaczce – trafiają do kategorii „poza pakietem onkologicznym”, a tego rodzaju alokacja często oznacza odmowę zapłaty za wykonaną procedurę. Lekarz, który kwalifikuje takiego chorego, podejmuje dwie decyzje naraz: kliniczną, oczywistą, oraz instytucjonalną, o której wie, że obciąży szpital długiem bez pokrycia. Alternatywa – chronić kontrakt odroczeniem przyjęcia – kosztuje moralnie jeszcze więcej.

Opisany układ rodzi jeszcze jeden skutek, często pomijany w debacie o zarobkach: uczy personel, że od dylematów można uciec, zmieniając sektor. Za pewnik przyjmuje się, że lekarze i pielęgniarki opuszczają podmioty publiczne z powodów czysto finansowych, podczas gdy badania zachodnich oddziałów intensywnej terapii pokazują, że samo cierpienie moralne wystarcza jako motyw odejścia: deklarował je co trzeci badany, wśród pielęgniarek ponad dwukrotnie częściej niż wśród lekarzy. W polskim piśmiennictwie brakuje badań motywów przejścia do sektora prywatnego – i już ta luka podważa przytoczony na wstępie pewnik: skoro nikt nie zapytał odchodzących o powody, teza o motywach finansowych pozostaje domysłem, a nie empirycznym ustaleniem.

Sektor prywatny k**i bowiem nie tylko stawką – przyciąga światem planowych zabiegów i wybranych pacjentów, w którym nikt nie każe rozstrzygać między chorym a limitem ani leczyć ze świadomością, że uratowane życie przyniesie szpitalowi stratę zamiast przychodu. Paradoks sytuacyjny polega na tym, że pełnowymiarowa medycyna – trudne przypadki, kompletne zaplecze diagnostyczne, praca zespołowa – skupia się w szpitalach wielospecjalistycznych, a te w Polsce pozostają niemal wyłącznie publiczne. Ludzie nie uciekają więc stamtąd od medycyny ani w zdecydowanej większości od pensji. Uciekają od tego, co publiczny płatnik przez lata wokół tej medycyny zbudował: od wycen, w których o zapłacie decyduje kod, a nie wynik leczenia, od dokumentacji ważniejszej niż zasadność terapii i od samotności, w której niedobór rozdziela się między chorych, a każda kolejna decyzja zaciąga dług moralny, księgowany na rachunku sumienia.

Uczciwe drobnostki, czyli mechanika kuszenia

„Dwie dusze mieszkają, ach, w mojej piersi” – wyznanie Fausta czyta się dziś w polskiej ochronie zdrowia mniej jak dramat jednostki, bardziej jak opis konstrukcji rynku pracy. W minionym ćwierćwieczu zbudowaliśmy system, w którym 93 proc. szpitali pozostaje publicznych, ale blisko 78 proc. ambulatoryjnej opieki specjalistycznej świadczą podmioty prywatne finansowane z tych samych środków NFZ. Granica między sektorami nie przebiega zatem między instytucjami – przebiega przez środek tygodnia pracy konkretnego specjalisty, który przed południem realizuje misję równego dostępu do systemu opieki według potrzeb zdrowotnych, a po południu świadczy usługę według możliwości płatniczych. Obie role mogą być uczciwe – konflikt rodzi się wtedy, gdy jedna osoba porusza się w obu porządkach naraz, a system nie rozdziela czasu, kolejek, infrastruktury ani skierowań. Przesunięcie aktywności w stronę lepiej płacącego sektora jest w takich warunkach nie tyle świadectwem deficytu etycznego, ile naturalną odpowiedzią na realia ekonomiczne – tak jak naturalne jest, że kontrakt bez limitu godzin zostanie godzinami wypełniony, skoro każda z nich jest legalna, potrzebna szpitalowi i opłacona zgodnie z umową.

Pokusa w tym układzie rzadko przychodzi z jawnym wezwaniem do czynienia zła – najczęściej mówi językiem operacyjnej konieczności: „tylko ten jeden raz”, „wszyscy tak robią”, „NFZ i tak nie zapłaci”, „szpital inaczej nie przetrwa”. Lipcowa sprawa spółki neurochirurgów pokazuje, dokąd ten język prowadzi. Mechanizm na pierwszy rzut oka nie łamał prawa – opierał się na wycenie, którą płatnik sam ustanowił: zabieg wykonywany ambulatoryjnie za około 1,5 tys. zł, rozliczony w trybie hospitalizacji, wart był około 6,5 tys. zł, a różnica nie wymagała lepszej medycyny ani zdrowszego pacjenta, wymagała innego kodu w systemie sprawozdawczym. Nauki o bezpieczeństwie nazywają ten proces normalizacją odstępstwa, w której ryzykowne praktyki stopniowo uchodzą za dopuszczalne, bo presja wyniku rośnie, organizacja je toleruje, a katastrofa nie przychodzi od razu. Pierwsza decyzja sprzeczna z własnym przekonaniem boli – dziesiąta jest procedurą. Makbet zna dalszy ciąg tej drogi: „Zabrnąłem tak daleko, że powrót byłby równie trudny jak dalsza droga”. Każdy pojedynczy krok był legalny i racjonalny – suma kroków skończyła się śledztwami prokuratury, komornikiem w szpitalu powiatowym i głębokim kryzysem zaufania do zawodu.

Literatura zresztą opisała mechanikę kuszenia na długo przed ekonomią zdrowia. Banko, towarzysz Makbeta, ostrzega po spotkaniu z wiedźmami: „Nieraz ciemności narzędzia, / Żeby do naszej pociągnąć nas zguby, / Prawdę nam mówią; chwytają nam dusze / Zwodną ponętą uczciwych drobnostek, / Aby nas potem popchnąć w ciemną przepaść”. Istota kuszenia tkwi w prawdzie dawkowanej po kawałku – wiedźmy przecież Makbeta nie okłamały, on naprawdę został tanem Kawdoru. Kontrakt naprawdę płaci, dyżur naprawdę jest legalny, wycena rzeczywiście pozwala za to samo świadczenie zaksięgować wyższą kwotę. Każda z tych uczciwych drobnostek jest prawdziwa z osobna i każda przesuwa człowieka o krok w stronę otchłani, której on jeszcze nie widzi – choć ona, jak ostrzegał Nietzsche, zdążyła już w niego spojrzeć.

Jest wreszcie fraza starsza od twórczości Szekspira i Goethego, powtarzana na całym świecie miliony razy dziennie: „i nie wódź nas na pokuszenie”. Prośba dotyczy okoliczności, o charakterze proszącego nie wspomina ani słowem – jej autorzy wiedzieli o ludzkiej moralności coś, co Arendt opisała, a psychologia zilustrowała eksperymentami, dopiero po dwóch tysiącleciach. Moralność nie jest bowiem stałą cechą osobowości – jest zasobem, który okoliczności potrafią wyczerpać, a wraz z nim wyczerpuje się odporność na zło. Faust otwiera drzwi Mefistofelesowi świeżo po nocy, w której omal nie wypił trucizny. Makbet słucha wiedźm w drodze z wygranej bitwy, przemęczony i nagle wywyższony. Lekarz podpisuje trzysta trzydziestą pierwszą godzinę miesiąca po nocy, po której nikt nie zapytał, co widział. System, który latami trzyma człowieka w niedoborze i przemęczeniu, każe mu w samotności ważyć cudze życie, a wzdłuż całej drogi rozstawia legalne pokusy, prowadzi eksperyment Zimbarda na żywym organizmie własnych kadr i dlatego nie powinien dziwić się wynikom: znieczulica, cynizm i odejścia to nie anomalie tego eksperymentu, to jego pomiar.

Diagnostyka różnicowa – cztery warstwy kryzysu

Z jakim zatem kryzysem mierzy się polska ochrona zdrowia? Odpowiedź ma cztery nakładające się warstwy. Kryzys reputacyjny wyrasta ze spektakularnych przypadków w rodzaju rekordowej faktury czy rozliczeń spółki neurochirurgów, a także z codziennego doświadczenia nierównego dostępu: miesięcy oczekiwania w publicznej kolejce do specjalisty, który prywatnie przyjmuje w ciągu tygodnia. Kryzys integralności – z dualizmu lojalności publiczno-prywatnej. Kryzys moralny sensu stricto – z powtarzanej niemożności postępowania zgodnie z wiedzą kliniczną i sumieniem, która odkłada się w opisany wyżej osad moralny. Kryzys instytucjonalny – z niezdolności państwa do prowadzenia ewidencji łącznego czasu pracy własnych kadr, budowy spójnego systemu bodźców finansowych – premiujących jakość i wynik leczenia, a nie samą liczbę procedur – i przejrzystej, dopasowanej do rzeczywistych potrzeb alokacji deficytowych zasobów.

Chciwość może wyjaśnić pojedynczy przypadek – nie wyjaśni natomiast prawidłowości, która odtwarza się w placówkach każdej wielkości, w każdej specjalności i w każdej formie zatrudnienia. Dylematy występujące masowo to już nie kazuistyka, ale epidemiologia, a epidemii nie tłumaczy się charakterem chorych, tylko warunkami, w których choroba się szerzy.

Uczciwość każe zarazem dopowiedzieć, czego badania nie pokazują. Nie istnieje ogólnopolskie badanie panelowe, które przez kilkanaście lat śledziłoby wartości i zachowania samych lekarzy – teza o „utracie moralności” przez środowisko nie ma więc pokrycia w danych i pozostaje wyłącznie nośną figurą publicystyczną. Dane pokazują za to zmianę priorytetów. Wśród 698 młodych lekarzy o wyborze specjalizacji rozstrzygały wynagrodzenie, równowaga między pracą a życiem osobistym, zainteresowanie dziedziną i charakter kontaktu z pacjentem, a prestiż i presja otoczenia zamykały stawkę. Nowego jest w tej hierarchii mniej, niż się wydaje: interes ekonomiczny zawierała także starsza kultura zawodowa, tyle że ukrywała go za językiem powołania. Młodsza mówi o pieniądzach głośno, a dyspozycyjności bez granic odmawia rangi dowodu etosu – i trudno uznać to za regres, skoro rezygnacja z samowyniszczenia bywa warunkiem bezpieczeństwa pacjenta.

Zmienia się także źródło autorytetu: pozycja i tytuł przestały wystarczać, legitymację daje kompetencja i partnerskie traktowanie chorego. Kryzys zaczyna się dopiero tam, gdzie system zamienia te uzasadnione potrzeby w stały konflikt interesów. Godziwy zarobek przestaje być etycznie neutralny, gdy jedyna droga do niego wiedzie przez łączenie szpitalnego etatu z prywatną praktyką i kontraktami, których żaden przepis nie limituje. Podobnie równowaga deklarowana w ankietach: dyżurów jest więcej niż ludzi zdolnych je obsadzić, więc grafik spina się dopiero czyjąś zgodą na pracę ponad siły – kto stawia granice, ten przerzuca ciężar na kolegów, a kto ich nie zna, zostaje rekordzistą. Młody lekarz nie wnosi zatem konfliktu do systemu – otrzymuje go wraz z prawem wykonywania zawodu, wbudowanego w konstrukcję rynku pracy, a pozostawiony mu wybór dotyczy jedynie tego, po której stronie granicy między misją a usługą ulokuje środek własnego tygodnia.

Osobnego komentarza wymaga sam wysyp publikacji o zarobkach, które tę debatę karmią. Nie stoi za nim pojedynczy ośrodek, ale mimowolna koalicja: redakcje i instytucje docierające do oświadczeń majątkowych oraz osoby prywatne, które w trybie dostępu do informacji publicznej pytają szpitale o stawki i ogłaszają wyniki w mediach społecznościowych. Dane pozyskuje się w interesie publicznym – obywatel ma prawo wiedzieć, jak wydawane są wspólne pieniądze, stąd nie zamierzam nikomu z tego grona zarzucać cynizmu. Wystarczy wykazać przeciwskuteczność. O oddziaływaniu tych publikacji nie rozstrzyga bowiem rzetelność liczb, ale emocje, które wzniecają, a te z natury omijają mechanizm i uderzają w ludzi.

Z perspektywy opisanej wyżej rany moralnej publiczne potępienie bez kontekstu jest dla rzeszy uczciwie pracujących ciosem – upokorzeniem odbieranym jako zdrada ze strony wspólnoty, której się służy. Środowisko nazwało to wprost w apelu o zakończenie „partyjnej narracji i szczucia na medyków”, bo „emocjonalne komunikaty o wynagrodzeniach w szpitalach budują fałszywy obraz rzeczywistości”. W ten sposób zamyka się pętla sprzężenia zwrotnego, którą ten tekst próbował rozłożyć na części: publikacja wywołuje gniew, gniew rodzi w środowisku poczucie osaczenia, osaczenie przyspiesza wycofanie i cynizm, a wycofanie i cynizm dostarczają materiału kolejnym doniesieniom. Jawność pozostaje warunkiem naprawy – jawność bez reguł interpretacji działa jednak jak pręgierz i produkuje dokładnie tę alienację medyków ze społeczeństwa, którą debata zamierzała napiętnować.

Oczywiście, nic w tym wywodzie nie unieważnia osobistej odpowiedzialności. Rana moralna nie jest rozgrzeszeniem: fałszowanie dokumentacji pozostaje przestępstwem, a korygowanie faktur dopiero po publikacji grafików mówi samo za siebie – od tego są prokuratura i rzecznik odpowiedzialności zawodowej. Rachunek win nie może jednak zatrzymać się na jednostce – powinien objąć wszystkie piętra systemu: lekarz odpowiada za własne czyny, dyrektor podmiotu leczniczego za kontrakt i organizację pracy, płatnik za bodźce, które ustanowił, i za te, których – świadomie czy nie – zaniechał, minister za ustrój całości.

Jeżeli po czerwcowym wstrząsie ma nastąpić coś więcej niż kolejna odsłona tego samego sporu, początkiem musi być zrozumienie, jak do niego doszło – diagnoza źródeł, nie inwentaryzacja objawów, a już zwłaszcza stojących za nimi emocji.

Państwo, które żąda od lekarzy silnego sumienia, musi przestać traktować to sumienie jak darmową rezerwę budżetową. Sumienie nie zastąpi dobrze zaprojektowanych bodźców, nadzoru nad konfliktami interesów ani rozsądnej organizacji pracy. System, który latami premiuje liczbę świadczeń, dyspozycyjność bez granic i siłę negocjacyjną, otrzymuje w końcu dokładnie to, co zamówił, choć nie to, czego oczekiwał – i za ten rezultat odpowiada ten, kto bodźce ustanowił, nie zaś ci, którzy na nie odpowiedzieli.

W medycynie odróżnienie winy od rany nazywa się diagnostyką różnicową i poprzedza każdą terapię – lek dobrany do złego rozpoznania nie działa, a często wręcz szkodzi. Polska – a przynajmniej głośniejsza część jej opinii publicznej – odwróciła ten porządek: karę wymierzyła przed diagnozą, a jednostkom wystawiła rachunek za wady całego systemu. Ten sam rachunek, wystawiony pod właściwym adresem, wyglądałby inaczej.

Czy jednak mamy prawo do zaskoczenia? Wszystko, co obnażył tegoroczny czerwiec, wielcy myśliciele opisali na stulecia przed nami: Goethe – samotność człowieka zawieszonego między publicznym obrazem a własną prawdą, Szekspir – zgubę zaczynającą się od uczciwych drobnostek. W codziennej gorączce wycen, limitów i grafików przestaliśmy czytać te przestrogi jako wiedzę o nas samych – zdegradowaliśmy je do rangi literackiego ornamentu. Potraktowane na powrót jak obowiązująca instrukcja, podpowiadają, od kogo i czego wymagać.

Od ludzi wykonujących ten wspaniały zawód wolno i należy wymagać charakteru. Od systemu, który ich zatrudnia, trzeba najpierw wymagać tego, o co od dwóch tysiącleci prosi najstarsza z codziennych modlitw: „… i nie wódź nas na pokuszenie”.

Autor: gen. broni prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak

wśród fanów
Ministerstwo Zdrowia Narodowy Fundusz Zdrowia Narodowe Centrum Badań i Rozwoju

Autor : doktor Ewa PrzeworskaZ uprzejmości Pani Doktor z jednego z likwidowanych oddziałów udostępniam post.    Jako, że...
22/07/2026

Autor : doktor Ewa Przeworska
Z uprzejmości Pani Doktor z jednego z likwidowanych oddziałów udostępniam post.


Jako, że jest o tym dosyć cicho, chcę zwrócić Waszą uwagę na niepokojące plany ministerstwa, w związku z którymi mają zlikwidowac 83% oddziałów reumatologicznych (ma zostac 13 oddziałów z 74).

Jest to pomysł szeroko krytykowany przez Polskie Towarzystwo Reumatologiczne, Konsultanta Krajowego, pacjentów. PTR i inni wypunktowało ministerstwu błędy w założonych kryteriach, krytykowało ten pomysl na piśmie - zero odzewu, zero zmian w przedstawionych planach.

Wynika to z przyjętych 5 kryteriów (chyba oddzial musi spełnić 2? niech ktos mnie poprawi jeśli się mylę)
- Co najmniej 1000 hospitalizacji rocznie z rozpoznaniem głównym związanym z chorobami zapalnymi.
- Co najmniej 300 hospitalizacji rocznie związanych z chorobami układowymi tkanki łącznej (grupy JGP: H90, H96C i H96D).
- Realizacja programów lekowych (przez oddział lub przykliniczną poradnię) w zakresie reumatologii obejmujących: reumatoidalne zapalenie stawów (RZS), młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów (MIZS), zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa (ZZSK) oraz łuszczycowe zapalenie stawów (ŁZS).
- Co najmniej 120 pacjentów objętych wybranymi programami lekowymi w zakresie reumatologii (wymienionymi wyżej: reumatoidalne zapalenie stawów, młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa, łuszczycowe zapalenie stawów).
- Realizacja co najmniej jednego dodatkowego reumatologicznego programu lekowego.

Komentarz Prof. Magdaleny Krajewskiej-Włodarczyk:

"– Jeśli nowe kryteria byłyby podstawą przy planowaniu zmian w szpitalnictwie, to reumatologia w północnej Polsce i na ścianie wschodniej po prostu przestanie funkcjonować. Na Pomorzu zostanie tylko jeden oddział szpitalny. Województwa podlaskie, warmińsko-mazurskie oraz zachodniopomorskie zostaną całkowicie pozbawione szpitalnego zaplecza reumatologicznego. Innym przykładem jest województwo zachodniopomorskie, równie wielkie, gdzie zaplanowano tylko 14 poradni. Nasi pacjenci po prostu nie trafią do ośrodków, które mogłyby ich leczyć. Chory z Giżycka nie będzie przyjeżdżać co miesiąc do Warszawy po to, by dostać dożylny wlew leku. To niemożliwe – podkreśliła."

wiecej informacji: https://www.termedia.pl/reumatologia/Reumato-nie-logiczna-mapa-,68187.html

Ponizej mapa Oddziałów, które by zostały.

13/07/2026

POKAŻ LEKARZU CO MASZ W GARAŻU

Zapraszam do przeczytania lub wysłuchania wywiadu dr Macieja Jędrzejko dla „Gazety Wyborczej”.

Rozmowę przeprowadził kilka dni temu redaktor Michał Hyra.

Gdybym dzisiaj miał coś do niej dodać, byłyby to przede wszystkim trzy kwestie.

Po pierwsze: kominy płacowe, czyli maksymalne stawki godzinowe.

Jeżeli rzeczywiście zostanie wprowadzony limit na poziomie około 240 zł za godzinę, to jako ginekolog mogę się tylko ucieszyć — dla wielu ginekologów oznaczałoby to podwyżkę. 😀

Problem polega jednak na tym, że administracyjne limity nie likwidują niedoboru lekarzy.

Jeżeli stawka okaże się zbyt niska, szpitale po prostu nie znajdą ludzi do pracy. Wtedy będą miały dwa wyjścia: podnieść wynagrodzenia albo ograniczyć działalność.

Pierwsze rozwiązanie będzie oznaczało fiasko pomysłu kominów. Drugie — zamykanie oddziałów, pogłębianie długu zdrowotnego i jeszcze dłuższe kolejki pacjentów.

Kominy płacowe są więc na dłuższą metę rozwiązaniem pozornym.

Mogą mieć natomiast jeden ważny skutek: ograniczyć patologie związane z nieprzejrzystymi kontraktami, „procentami od kontraktu” i sytuacjami, w których ordynator zarabia ogromne pieniądze za każdą procedurę, dopuszcza do operowania wyłącznie „swoich”, a reszta zespołu wykonuje codzienną, mrówczą pracę za wielokrotnie niższe stawki.

Nie może być tak, że jedna osoba pobiera kilka tysięcy złotych od każdej operacji, podczas gdy pozostali lekarze pracują na oddziale za 100 zł za godzinę i jednocześnie nie mają realnego dostępu do rozwoju zawodowego.

To jest patologia systemu i trzeba z nią walczyć.

Wynagrodzenie powinno być powiązane z rzeczywistymi kompetencjami, odpowiedzialnością i doświadczeniem. Inaczej powinien zarabiać stażysta, inaczej lekarz bez specjalizacji, inaczej specjalista, a jeszcze inaczej osoba z wyjątkowymi kompetencjami klinicznymi, naukowymi czy organizacyjnymi.

To jest uczciwe, sprawiedliwe i motywujące.

Po drugie: dlaczego lekarze pracują w kilku miejscach?

Nie zawsze chodzi o chciwość i chęć maksymalizowania dochodów.

Bardzo często chodzi o bezpieczeństwo.

Jedną z przyczyn jest skrajna niestabilność zatrudnienia. Kilka lat temu dyrekcja Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Tychach zwolniła dziewięciu lekarzy. W uzasadnieniu wypowiedzeń napisano jedynie, że rozwiązanie umowy następuje „ze względu na zmianę polityki kadrowej firmy”.

Koniec wyjaśnienia.

Po szesnastu latach lojalnej pracy dla oddziału: arrivederci.

Bez rozmowy, bez negocjacji, bez mediacji, bez próby znalezienia innego rozwiązania i bez zastosowania nowoczesnych metod zarządzania personelem medycznym, które w wielu polskich szpitalach wciąż pozostają wiedzą niemal tajemną.

Tak skutecznie niszczy się lojalność pracowników wobec pracodawcy.

Jeżeli lekarz widzi, że dla szpitala jest wyłącznie pozycją w grafiku i może zostać w każdej chwili usunięty, sam zaczyna traktować relację z pracodawcą czysto ekonomicznie.

Skoro pracodawca nie okazuje lojalności wobec pracownika, trudno oczekiwać, że pracownik będzie okazywał bezwarunkową lojalność wobec pracodawcy.

Problem polega również na tym, że wieloma szpitalami i oddziałami zarządzają ludzie bez przygotowania w zakresie nowoczesnego zarządzania, przywództwa i pracy z zespołem.

Mogą mieć tytuły naukowe i imponujący dorobek medyczny, ale nie oznacza to automatycznie kompetencji menedżerskich.

Nie ma menedżerów — są zarządcy.
Nie ma liderów — są bossowie.

Zamiast usuwać lekarzom przeszkody, żeby mogli pracować efektywniej i bezpieczniej, część przełożonych nadal posługuje się metodą kija, straszaka i podporządkowania.

Na wielu oddziałach nie ma realnego wsparcia psychologicznego dla lekarzy. Jest za to nieustanne straszenie roszczeniami pacjentów, odpowiedzialnością prawną i konsekwencjami każdego potknięcia.

Drugą przyczyną pracy w kilku miejscach jest dywersyfikacja dochodów, która w medycynie stała się jedną z najskuteczniejszych strategii antymobbingowych.

Jeżeli lekarz pracuje tylko w jednej placówce, przełożony może go szantażować grafikiem, dostępem do operacji, specjalizacji, doktoratu, kursów czy dalszego rozwoju.

Jeżeli lekarz pracuje w kilku miejscach, znacznie trudniej go zastraszyć.

Mobbing w szpitalach i klinikach przez wiele lat był powszechny. Dopiero możliwość pracy w różnych placówkach osłabiła władzę ordynatorów i przełożonych, którzy wcześniej mogli bezkarnie obrażać, upokarzać i zawodowo blokować ludzi.

Kiedy taki przełożony orientował się, że po kolejnym wybuchu agresji nie będzie miał kim obsadzić dyżurów, nagle odkrywał w sobie zdolność spokojnej rozmowy i szacunku do zespołu.

Bynajmniej nie dlatego, że przeszedł przemianę moralną. Dlatego, że wiedział, iż jeżeli lekarze odejdą, dyrektor rozliczy właśnie jego — albo sam będzie musiał stanąć do dyżurów.

Po trzecie: odpowiedzialność prawna lekarzy.

W Polsce nadal dominuje system „GUILT FIRST” oparty na szukaniu winnego, a nie na analizowaniu przyczyn zdarzeń niepożądanych i poprawianiu jakości leczenia.

Pacjent ma oczywiście prawo złożyć skargę, zawiadomienie czy pozew. To jest fundamentalny element państwa prawa.

Problem zaczyna się wtedy, gdy każde powikłanie — również niezawinione — automatycznie uruchamia wieloletnią machinę prawną, w której lekarz od początku traktowany jest jak sprawca przestępstwa.

Dostaje wezwania na policję, do prokuratury, izby lekarskiej czy sądu. Musi stawiać się osobiście, składać wyjaśnienia, wynajmować prawników, tracić czas pracy i dochody, a przede wszystkim przez miesiące albo lata żyć w ogromnym stresie.

Nawet jeżeli postępowanie zakończy się umorzeniem lub uniewinnieniem, nikt nie zwraca lekarzowi utraconego czasu, zdrowia, poczucia bezpieczeństwa ani zaufania do systemu a pacjent pozostaje w pełni bezkarny - nie ponosi żadnych konsekwencji nie słusznego pozwania lekarza. Koszty sądowe po przegranej sprawie zaplaci nie pozywający pacjent a społeczeństwo.

Każde niezawinione powikłanie staje się dla lekarza potencjalnie gilotyną która może obciąć mu prawo wykonywania zawodu = zawodowa śmierć.

Zamiast traktować go jak człowieka, który próbował pomóc, ale nie zawsze mógł wygrać z chorobą, system bardzo łatwo ustawia go w roli oskarżonego.

Ogromna odpowiedzialność, a bardzo mało realnych osłon prawnych.

Dlatego potrzebujemy prawdziwego systemu NO-FAULT: takiego, który szybko pomaga pacjentowi uzyskać odszkodowanie, ale jednocześnie odróżnia nieuniknione powikłanie od błędu, rażącego zaniedbania i celowego naruszenia zasad.

Taki system powinien przede wszystkim odpowiadać na pytanie:

Co zrobić, żeby to zdarzenie nie powtórzyło się u kolejnego pacjenta?

A nie tylko: Kogo ukarać?

Bardzo się cieszę, że rozpoczęła się publiczna dyskusja o wynagrodzeniach lekarzy.

Może poza pluciem na medyków uda się wreszcie pokazać, że mityczne Lamborghini, które rzekomo stoi w garażu każdego lekarza, po prostu nie istnieje.

Oczywiście lekarze mogą zarabiać bardzo dobrze i nie widzę jednak niczego wstydliwego w zdaniu:

„Jestem dumny z tego, że mam wysokie kompetencje, ratuję ludzkie życie i dobrze zarabiam”

Wolny rynek sprawia, że rzadkie kompetencje, ogromna odpowiedzialność i wysokie kwalifikacje mają swoją cenę.

Chcesz dobrze zarabiać w medycynie? Zapraszamy.

1) Sześć lat studiów na których nie poimprezujesz - co tydzień zaliczenia a na każde minimum 200 stron czytania podręczników skryptów i notatek z wykładów.
2) Rok stażu.
3) Pięć albo sześć lat specjalizacji.
4)Setki dyżurów.
5) Tysiące pacjentów.
6) Ogromna odpowiedzialność kliniczna i prawna.
7) Permanentny stres.
8.) Życie rodzinne regularnie przegrywające z grafikiem dyżurów.

I voilà!

Po trzynastu albo czternastu latach można zostać specjalistą i rozpocząć odkładanie na to legendarne Lamborghini z alufelgami.

W tym miejscu mój dziesięcioletni Dodge Caravan właśnie dostał zawału krzywki wałka rozrządu — cokolwiek to znaczy. 😉

W Polsce mamy takie niedobory lekarzy, że naprawdę czekamy na obecnych studentów medycyny, którzy już za kilkanaście lat zasilą szeregi samodzielnych specjalistów.

Zapraszamy. Roboty wystarczy dla wszystkich - ilość pacjentów i potrzeb medycznych jest nieskończona.

Według najnowszych pełnych danych GUS za 2024 rok:

* 166,5 tys. lekarzy mieszkało w Polsce i posiadało prawo wykonywania zawodu;
* 141 193 lekarzy pracowało bezpośrednio z pacjentami.

Ludność Polski na koniec I kwartału 2026 roku wynosiła około 37,281 mln osób.

Jaki to odsetek społeczeństwa?

Lekarze pracujący bezpośrednio z pacjentami:

141 193 / 37 281 000 × 1000 = 3,79‰

Czyli około:

* 3,8 lekarza na 1000 mieszkańców;
* 1 lekarz na 264 mieszkańców;
* 0,38% społeczeństwa.

Wszyscy lekarze z prawem wykonywania zawodu:

166 500 / 37 281 000 × 1000 = 4,47‰

Czyli około:

* 4,5 lekarza na 1000 mieszkańców;
* 1 lekarz na 224 mieszkańców;
* 0,45% społeczeństwa.

Lekarze pracujący bezpośrednio z pacjentami stanowią w Polsce niespełna cztery promile społeczeństwa — około jedną osobę na 260 mieszkańców.

Niespełna cztery promile społeczeństwa leczy 38.000.000 ludzi.

Jak wyglądają zarobki lekarzy specjalistów w Europie?

W debacie publicznej często można odnieść wrażenie, że tylko w Polsce lekarze dobrze zarabiają. To nieprawda.

Według danych OECD i analiz rynku wynagrodzeń lekarzy specjalistów, roczne dochody brutto specjalistów wynoszą orientacyjnie:

* 🇳🇴 Norwegia: 170–260 tys. euro
* 🇩🇪 Niemcy: 140–240 tys. euro
* 🇸🇪 Szwecja: 120–200 tys. euro
* 🇬🇧 Wielka Brytania: 110–180 tys. euro
* 🇫🇷 Francja: 100–220 tys. euro
* 🇨🇿 Czechy: 60–110 tys. euro
* 🇵🇱 Polska: 45–120 tys. euro
* 🇭🇺 Węgry: 40–90 tys. euro

Najwyższe dochody osiągają zwykle lekarze z dużym doświadczeniem, wykonujący zabiegi, pełniący dyżury oraz prowadzący prywatną praktykę.

Ale jest jeszcze ważniejszy wniosek.
W całej Europie trwa walka o lekarzy.

Nie tylko Polska ma problem z niedoborem specjalistów. Niemcy, Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania czy Francja od lat aktywnie rekrutują lekarzy z zagranicy. Parlament Europejski, OECD i WHO alarmują o narastającym deficycie personelu medycznego.

W Europie brakuje około 1,2 miliona pracowników ochrony zdrowia, w tym lekarzy.

To oznacza jedno.

Lekarz specjalista funkcjonuje dziś na rynku pracownika, a nie rynku pracodawcy.

Jeżeli szpital A nie zapłaci odpowiedniej stawki, lekarz może przejść do szpitala B.

Jeżeli nie znajdzie satysfakcjonujących warunków w Polsce, może wyjechać do Niemiec, Norwegii czy Szwecji.

To nie jest groźba ani szantaż. To zwykły mechanizm wolnego rynku, który działa identycznie wobec informatyków, pilotów, inżynierów czy specjalistów IT.

Dlatego każda dyskusja o administracyjnym ograniczaniu wynagrodzeń lekarzy powinna zaczynać się od jednego pytania:

Czy mamy wystarczającą liczbę lekarzy, żeby pozwolić sobie na ich odpływ?

Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to próba sztucznego zaniżania wynagrodzeń nie sprawi, że lekarzy nagle przybędzie.

Sprawi jedynie, że część z nich wybierze inne miejsce pracy.

A pacjent nie zyska tańszego lekarza.
Może po prostu nie mieć lekarza wcale.

Z poważaniem
Dr Maciej Jędrzejko Tata Ginekolog
Dr Maciej Jędrzejko Radny Miasta Tychy

wśród fanów

Do wiadomości
Ministerstwo Zdrowia
Kancelaria Premiera

Adres

Kunickiego 57A Rejestracja Tel. 601 172 971
Wroclaw
54-616

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Neurochirurg Wrocław umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij