19/08/2024
Kiedyś myślałam, że wakacje nie są mi potrzebne, że jak mnie nie ma to tylko robię sobie zaległości, które później trzeba nadrabiać i już po tygodniu zapominam o tym, że odpoczęłam.
Na szczęście uczymy się całe życie i jeśli słuchamy innych to zawsze możemy coś zyskać.
Ja zyskałam wiedzę, że oderwanie się od każdej, nawet najbardziej satysfakcjonującej pracy jest bardzo ważne. Pozwala spojrzeć z perspektywy na to co robimy i wrócić ze "świeżą głową" do stałych zajęć.
Zyskałam świadomość, że nic się nie stanie jeśli sami nie dopilnujemy wszystkiego, że inni naprawdę sobie poradzą.
Zaakceptowałam, że nie mamy ani obowiązku ani mocy kontrolowania wszystkiego i nasza sprawczość dotycząca otoczenia, wbrew temu co sobie myślimy, jest naprawdę niewielka.
Dzięki temu od jakiegoś czasu mam co roku prawdziwe WAKACJE😎☀️⛵️🏖
W tym roku było wyjątkowo, urlop spędziłam w lesie z obozem Hufca ZHP Lubań.
Dzieciaki codziennie miały apele, musiały sprzątać dokładnie namioty w których mieszkały, myć naczynia, prać ręcznie swoje ubrania. Telefony dostawały na godzinę dziennie.
Wszystko odbywało się o określonych porach - pobudka, poranna toaleta, posiłki, wieczorne prysznice, cisza nocna.
Obóz trwał dwa tygodnie a ja zafascynowana obserwowałam zmianę w zachowaniu dzieciaków. Z dnia na dzień coraz chętniej uczestniczyły we wspólnych zajęciach, coraz mniej narzekały i marudziły.
Podobno też po telefony coraz mniej ochoczo sięgały 🙂 Bawiły się i nawet "warty z myciem garów" były często okazją do śmiechu i wspólnej zabawy.
Obowiązki i dyscyplina jednoczyły, wiadomo, nic tak nie zbliża jak wspólny wróg, który po raz trzeci wymyśla sobie, że namiot nie spełnia standardów czystości i trzeba poprawiać sprzątanie 😉
Z dnia na dzień nastolatki, które przyjechały w pełnym makijażu, coraz bardziej odsłaniały naturalną skórę... głupio przecież malować się w lesie, gdzie nie ma nawet łazienki z lustrem a zęby trzeba myć przy wspólnym zlewie.
Ja w tym wszystkim też musiałam się odnaleźć, co prawda nikt nie zabierał mi telefonu i było dużo ważek, które uwielbiam ale dla mieszczucha warunki obozowe jednak wymagały przystosowania.
Chodzenie wieczorem do toalety z czołówką, sąsiad nietoperz obok namiotu, uzależnianie swoich planów od pogody i pory dnia, współdzielenie namiotu z pająkami (ja im nie ufam ale podobno chronią namiot przed komarami, więc niechętnie zaakceptowałam ich obecność, zachowując jednak pełną czujność i kontrolując ich położenie)
No i dieta obozowa! Pasty jajeczne, łazanki, zapiekanki ziemniaczane, bułki, serki topione. Wszystko to co dostawaliśmy za dzieciaka na obozach i koloniach. I wymianki - ogórek za pomidora, ser za szynkę 😎
Stałe pory posiłków 7:30, 13:30, 18:30 - jak nie przyjdziesz z własnym talerzem to nie dostaniesz. Porcje wydzielone, dokładki raczej rzadko dostępne, takie all inclusive 😉
Już po trzech dniach jedzenia wszystkiego tego co w normalnych warunkach byłoby dla mnie nie do zaakceptowania, wpadłam w rytm i poczułam się... naprawdę dobrze. Wszyscy to odczuwaliśmy.
W godzinach posiłków przebieraliśmy nóżkami z menażkami w rękach, czekając aż pani z kuchni nałoży nam chochlę zapiekanki makaronowej pełnej obfitości, bo i z kokardkami, i z rurkami, i nawet świderków kilka jak się dobrze poszukało to się znalazło.
Nasza Śledziona (narząd Yin elementu Ziemi) uwielbia rutynę, powtarzalność, systematyczność. Osłabia ją jedzenie zbyt obfitych posiłków, nieregularnie, zwłaszcza wieczorem. Wtedy gorzej śpimy, nie regenerujemy się prawidłowo. Transformacja substancji odżywczych i ich transport są mniej efektywne, nie mamy energii, słabną nam mięśnie i ogólnie jesteśmy tacy rozlaźli (funkcją Śledziony jest też utrzymywanie wszystkiego na swoim miejscu, dlatego słowo "rozlaźli" tak bardzo pasuje mi do jej słabości). Każdy praktyk medycyny chińskiej to wie, opowiadam wam o tym w gabinecie, rozmawiamy często jak wzmacniać Ziemię i Śledzionę ale pierwszy raz tak naprawdę poczułam na sobie, że dla Śledziony równie ważne co jemy, jest to jak, kiedy i ile jemy. Żyję i mam się dobrze, mimo że przez dwa tygodnie jadłam białe bułki i serki topione na śniadanie, na obiad łączyłam ziemniaki z mięsem i surówką, dodatkowo z zupą i deserem (!) ale robiłam to codziennie o stałych porach, bez pośpiechu i dokładek, siedząc z cudownymi ludźmi w otoczeniu natury (wciąż jednak nie ufając pająkom)
💛 Marta
PS
oczywiście nie jest to wpis sponsorowany przez producenta serków topionych. Nie zachęcam do ich jedzenia 🙂
Zachęcam do tego, żeby dać sobie luz z restrykcyjnymi dietami. Ciepłe ciasto drożdżowe zjedzone raz na jakiś czas mniej nam zaszkodzi niż w pośpiechu pochłaniane congee, które co z tego, że nie smakuje ale koniecznie trzeba jeść, bo zdrowe.
Zachęcam do tego, żeby wprowadzić w miarę możliwości jakąś regularność do naszej codzienności. Może spokojne śniadania o stałej porze? albo kolacja o 18?
Zachęcam do tego, żeby nie rozmyślać o rzeczach, które chcemy koniecznie skontrolować (może za rok uda mi się nie kontrolować w których miejscach namiotu pająki rozbiły swoje pajęczyny?)
Śledziona będzie nam wdzięczna 😊