21/10/2026
PARADOKS DOTYKU
Ile z tego, co dziś próbujemy nazywać, wyjaśniać i zamieniać w praktykę, jest po prostu bardzo starym ludzkim sposobem bycia razem?Myślę o tym ostatnio szczególnie w kontekście dotyku.
Mówimy dziś o regulacji, koregulacji, poczuciu bezpieczeństwa, budowaniu więzi. Tworzymy wokół tego język, modele, praktyki i całe metody pracy. I dobrze bo wiedza pozwala nam lepiej rozumieć to, czego doświadczamy.
A jednocześnie czasami mam ochotę zrobić krok wstecz i zapytać: co z tego wszystkiego robiliśmy na długo przed tym, zanim nauczyliśmy się to badać i nazywać?
Niedawno czytałam artykuł Jake’a Brookera „What Chimps Can Teach Us About Male Friendships” o męskich relacjach wśród szympansów. Autor od lat bada zachowania społeczne i emocjonalne naczelnych. Opisuje świat dużo bardziej złożony niż znany nam obraz samców, które przede wszystkim rywalizują o pozycję i dominację.
Samce szympansów tworzą bliskie i trwałe relacje. Spędzają czas obok siebie, wzajemnie się pielęgnują, dotykają, współpracują. Po konfliktach szukają kontaktu. A kiedy jeden z nich doświadcza silnego pobudzenia czy zagrożenia, inne mogą podchodzić bliżej, obejmować go i uspokajać poprzez kontakt.
Dotyk jest tam częścią życia społecznego.Sposobem bycia razem, pojednania, zaufania i przynależności
I po raz kolejny mnie to zatrzymało bo przecież u ludzi jest podobnie. Zanim dowiedzieliśmy się czegokolwiek o układzie nerwowym, braliśmy dziecko na ręce. Przytulaliśmy kogoś, kto płakał. Kładliśmy dłoń na ramieniu człowieka, któremu było trudno. Siedzieliśmy blisko. Trzymaliśmy się za ręce. Głaskaliśmy.Kołysaliśmy.Oklepywaliśmy nie wiedząc nic o koregulacji.
Robiliśmy/ robimy to, bo jesteśmy istotami społecznymi.
Oczywiście dotyk nie zawsze oznacza bezpieczeństwo. Nie każdy go chce, nie każdemu służy i nie w każdej relacji jest właściwy. Jego znaczenie zależy od kontekstu, historii, kultury, relacji i zgody. Również dlatego warto uczyć się dotyku świadomego, który nie zakłada z góry, że wie, czego potrzebuje drugi człowiek.
Ale im dłużej pracuję z dotykiem, tym bardziej interesuje mnie pewien paradoks.
Z jednej strony uczymy się coraz więcej o jego działaniu. Badamy układ nerwowy, więź, relacje, fizjologię stresu. Potrafimy coraz dokładniej opisywać jak dotyk wpływa na zdrowie i procesy, które zachodzą pomiędzy ludźmi
Z drugiej strony mam czasem wrażenie, że potrzebujemy naukowego języka, żeby ponownie dać sobie prawo do czegoś, co kiedyś było i nadal jest bardziej oczywistą częścią życia.
Do położenia dłoni, oparcia się o kogoś, objęcia,siedzenia blisko.Do kołysania dziecka, partnera, przyjaciela czy pozostania obok bez konieczności robienia czegokolwiek więcej.
Nie wszystko, co dziś odkrywamy, jest naprawdę nowe.Część tej wiedzy jest próbą zrozumienia czegoś, co nasze ciała i nasze społeczne historie znają od bardzo dawna i może prowadzić z powrotem do prostoty.
Do przypomnienia sobie, że zanim dotyk stał się metodą, był relacją.
Zanim zaczęliśmy mówić o koregulacji, byliśmy obok siebie, w większych rodzinach pokoleniowych, na podwórkach, mikrospołecznościach.
Zanim nauczyliśmy się nazywać bezpieczeństwo, szukaliśmy bliskości tych, przy których mogliśmy choć na chwilę odłożyć czujność.
im więcej wiemy o dotyku, tym bardziej możemy odkrywać, jak wiele z tego, co dziś opisujemy skomplikowanym językiem, jest częścią naszego najbardziej podstawowego ludzkiego doświadczenia.
I oczywiście zupełnie nie chodzi mi o to, żeby rezygnować z wiedzy. Moja edukacja jest głównie na tym oparta. Warto ją rozwijać, sprawdzać, pogłębiać i uczyć się dzięki niej większej odpowiedzialności.
Ale chciałabym, żebyśmy w tym wszystkim nie zgubili samego doświadczenia bliskości.
Żeby dotyk nie stał się wyłącznie narzędziem do osiągania określonego efektu. Czymś, co zawsze musi regulować, uzdrawiać, rozluźniać czy prowadzić do zmiany -czasami nie musi niczego naprawiać.
Może być po prostu obecnością.
Zostaję z pytaniem w sobie - nie tylko o to co dotyk robi, ale też o to, czym był i czym nadal może być pomiędzy ludźmi.