Przeistocza P.

Przeistocza P. Psychoterapia. Pisanie. Połączenia. Kontekst społeczno-kulturowy.

Gdzie kierujemy uwagę?Uwaga dziś waży więcej, niż się wydaje.Nie jest już tylko zasobem psychicznym, ale realną siłą spr...
26/04/2026

Gdzie kierujemy uwagę?
Uwaga dziś waży więcej, niż się wydaje.
Nie jest już tylko zasobem psychicznym, ale realną siłą sprawczą. Tam, gdzie ją kierujemy, coś zaczyna rosnąć - uwaga karmi to, na czym się zatrzymuje.
Najłatwiej rośnie to, co wzbudza lęk i wskazuje wroga. Strach przyciąga uwagę niemal automatycznie, a uwaga z czasem zamienia się w wpływ. W ten sposób powstaje świat, który sam siebie napędza napięciem - im więcej strachu, tym więcej skupienia, a im więcej skupienia, tym silniejszy strach.

Ale to nie jedyna możliwa droga.

Ta sama uwaga potrafi zebrać się gdzie indziej. Bez potrzeby definiowania przeciwnika. Bez wskazywania winnych. Może skupić się wokół tego, co naprawdę ważne czyli tam, gdzie zagrożenie jest realne, a odpowiedzią nie jest konflikt, lecz wspólna praca, uważność i czas.

W takich momentach dzieje się coś rzadkiego. Pojawia się wspólne skupienie, które nie dzieli, lecz porządkuje. Chwila, w której wiele osób patrzy w tę samą stronę nie po to, by wygrać spór, ale by komuś pomóc. To ciekawa synchronizacja intencji na szeroką skalę.

Być może właśnie dlatego takie inicjatywy jak zbiórka czy działania cancer FIGHTERS na rzecz dzieci chorych na raka poruszają dziś tak wielu ludzi. Nie tylko dlatego, że dotyczą spraw ostatecznie ważnych, ale dlatego, że tworzą coś na kształt społecznego oddechu. Wspólny, terapeutyczny moment. Krótką przerwę od świata zbudowanego na napięciu.

Można to odczytać jako próbę przekroczenia podziałów. Rzadką chwilę, w której uwaga nie jest bronią, lecz narzędziem troski. Być może także jako sygnał przesilenia, odpowiedź na zbiorowe zmęczenie polityką, polaryzacją i rzeczywistością, która coraz częściej domaga się od nas reakcji zamiast refleksji.

Takie momenty przypominają sens nie rodzi się z podziału tylko z wspólnego działania. Z decyzji, by na chwilę spojrzeć tam, gdzie coś można realnie zmienić.
Warto więc od czasu do czasu zadać sobie pytanie: gdzie dziś kieruję swoją uwagę?

Od tego zależy nie tylko to, co rośnie wokół nas, ale także to, co rośnie w nas samych.

Zbiórka trwa jeszcze chwilę - wciąż można dołączyć: https://www.siepomaga.pl/latwogang

Milczenie między dwojgiem ludzi bywa szczególnym sposobem bycia razem. Zdarza się, że to właśnie w ciszy ujawnia się to,...
24/04/2026

Milczenie między dwojgiem ludzi bywa szczególnym sposobem bycia razem. Zdarza się, że to właśnie w ciszy ujawnia się to, co najistotniejsze - nie w słowach, lecz w tym, co niewypowiedziane, a jednak wyraźnie odczuwalne i intymne.

Nie każde milczenie jednak ma ten charakter. Bywa takie, które otwiera, ale bywa też takie, które zamyka: maskuje napięcie, chroni przed odsłonięciem lub podtrzymuje dystans. Tym wyraźniej widać, jak kruche i nieoczywiste jest to milczenie, które naprawdę otwiera.

Język, choć stwarza most pomiędzy dwiema odrębnościami, jednocześnie nieustannie tę odrębność potwierdza. Każde skierowane ku drugiemu „ty” jest zarazem gestem zbliżenia i przypomnieniem o granicy, której nie sposób całkowicie znieść.

Są chwile, w których mowa zamiast przybliżać, zaczyna oddalać. Dzieje się tak wtedy, gdy słowa, porządkując doświadczenie, narzucają mu kształt zbyt wyraźny, zbyt sztywny wobec jego pierwotnej płynności. W takich momentach coś delikatnego, relacyjnego, ulega skruszeniu.

Wówczas milczenie może stać się alternatywnym sposobem komunikacji. Nie każde jednak - tylko to, które rodzi się z obopólnej zgody na zawieszenie potrzeby mówienia i bycia natychmiast zrozumianym. Ta zgoda sprawia, że cisza przestaje być pustką. Staje się współobecnością, subtelnym współbrzmieniem stanów wewnętrznych, które wymykają się jednoznacznej myśli. Przybiera ono postać zwykłego bycia obok siebie. Wspólnego trwania bez konieczności wypełniania przestrzeni słowami.

Jest to doświadczenie kruche i trudne do uchwycenia, ponieważ nie daje się utrwalić ani powtórzyć, a czasem, gdy nie zostanie rozpoznane, nie powraca już wcale. Tego rodzaju doświadczenie wymaga czujności i delikatności, gdyż powstaje na styku dwóch obecności, które na chwilę rezygnują z definiowania siebie i zaczynają w nasłuchiwać.

W takim milczeniu granica pomiędzy „ja” a „drugim” ulega chwilowemu rozluźnieniu, jak gdyby samo spotkanie cofało się do wcześniejszego poziomu, na którym odrębność nie była jeszcze w pełni ustanowiona, a bycie razem nie wymagało pośrednictwa języka.

Nie oznacza to jednak powrotu do jedności możliwej do utrzymania lecz przeciwnie, jest to raczej krótkotrwałe doświadczenie jej śladu, które natychmiast rozpada się wraz z powrotem słów.

To właśnie ten ślad nadaje późniejszej mowie jej ciężar.

Słowa, które nie zostały poprzedzone milczeniem, pozostają często na powierzchni funkcjonują poprawnie, lecz nie zapuszczają w nas korzeni. Dopiero wtedy, gdy wypowiedziane zostają na tle wewnętrznego spokoju, mogą zostać przyjęte nie tylko przez świadomość, ale i przez głębsze warstwy naszego poczucia siebie.

Milczenie nie jest przeciwieństwem mowy, lecz warunkiem jej stawania się i nabierania znaczenia. W nim znaczenia dojrzewają, a spotkanie zaczyna stawać się czymś bardziej podstawowym, czymś, co nie potrzebuje uzasadnienia, ponieważ wydarza się zanim pojawi się potrzeba wyjaśnienia.

Najbardziej znaczące momenty między ludźmi nie są tymi, które dają się najdokładniej opisać. Pozostają w pamięci nie jako słowa, lecz jako doświadczenie obecności oporne wobec upływu czasu.

A więc...
„Czy wszelkie życie nie powstaje z milczenia i nie obraca się w milczenie?”*

Być może komuś znana jest taka obecność, niewymagająca słów.
Może nadchodzące wolne dni będą jej sprzyjać.

* S. Nacht, Silence as an integrative factor (1964), International Journal of
Psychoanalysis, 45(2-3), 299–303.

Obraz: Akira Kusaka

Dziś jest Dzień Ziemi.W artykule „Nieświadome procesy w odniesieniu do kryzysu środowiskowego” z 1972 roku pisał:„Mamy t...
22/04/2026

Dziś jest Dzień Ziemi.
W artykule „Nieświadome procesy w odniesieniu do kryzysu środowiskowego” z 1972 roku pisał:

„Mamy tendencję do błędnego zakładania, że nic nie można zrobić z zanieczyszczeniem współczesnego środowiska, z powodu naszej głęboko ukrytej rozpaczy związanej ze świadomością, że nie jesteśmy w stanie odzyskać świata naszego dzieciństwa, a co więcej, z powodu przeczucia, że retrospektywnie idealizujemy go pozbawiając bolesnych aspektów.”

Myśli autora uderzają w coś bardzo rdzennego. Matka Ziemia to jeden z najstarszych obrazów relacji: karmienia i bezpieczeństwa, ale też ambiwalencji i utraty. Jeśli pójść za tą myślą, kryzys ekologiczny nie jest tylko kryzysem zasobów. To także kryzys relacji.
Z jednej strony idealizujemy naturę jako matkę, jako utracony raj.
Z drugiej - żyjemy tak, jakby była czymś obcym, czymś do wykorzystania albo kontrolowania. Searles sugeruje, że ta sprzeczność nie jest przypadkowa.

To nie tylko polityka czy gospodarka, ale także nasza psychika, która nie wytrzymuje doświadczenia straty.
Nie możemy odzyskać świata dzieciństwa ani wewnętrznego, ani „czystego” świata na zewnątrz.
Trudno to przeżyć, więc wybieramy prostsze odpowiedzi: że już jest za późno albo że ktoś inny się tym zajmie.
Ukryta rozpacz zamienia się wtedy w chroniczną apatię a apatia niszczy relacje.

Relacja z naturą jest w gruncie rzeczy relacją z czymś, co nas przekracza, ale też podtrzymuje przy życiu.
Jeśli tracimy zdolność bycia w tej relacji, tracimy też kontakt z własną kruchością, zależnością i ograniczeniami.
Nie doświadczamy już granicy zasobów, ukojenia w koegzystencji, braku i darów natury na własnej skórze - trochę jak dzieci, które nie wiedzą, że mleko nie bierze się ze sklepu. Łatwo przejść do dominacji, niepohamowanej eksploatacji.A stamtąd do niszczenia.

Można też spojrzeć jeszcze prościej.
Im rzadziej jesteśmy dziś naprawdę w naturze nie jako tle ani od święta, lecz jako części całości, tym trudniej czuć ją jako istotną.
Bez tej relacji natura staje się abstrakcją,
abstrakcja nie budzi troski,
a brak troski otwiera drogę do obojętności i destrukcji. Nie niszczymy tylko dlatego, że „chcemy”. Często niszczymy dlatego, że nie czujemy związku - połączenia, wspólnego punktu odniesienia.
Brak związku niemal zawsze prowadzi do uprzedmiotowienia.

Na końcu Searles zostawia nas z czymś jeszcze bardziej niepokojącym:

„Myślę, że największe niebezpieczeństwo nie leży ani w samej bombie wodorowej, ani w bardziej powolnym śmiercionośnym efekcie zanieczyszczenia środowiska przez naszą globalną technologię. Największe niebezpieczeństwo polega na tym, że świat znajduje się w takim stanie, że wywołuje nasze najwcześniejsze lęki, a jednocześnie oferuje złudną ‘obietnicę’, w rzeczywistości śmiertelną obietnicę ukojenia tych lęków.”

Może troska o Ziemię nie zaczyna się od wielkich deklaracji ani globalnych planów, lecz od odzyskania zdolności odczuwania relacji. Od uznania, że jesteśmy zależni, krusi i osadzeni w czymś, co jest poza nami.
Bez tego połączenia świat staje się martwą scenografią.
Z nim znów może stać się miejscem, w którym da się żyć, tam gdzie możemy czuć osobisty związek, połączenie:
Z Ziemią.
Z innymi.
Z własnym doświadczeniem.

A czy my uczymy się rozczarowania? Uczymy się raczej, jak je omijać, jak nie chcieć za bardzo i nie liczyć na zbyt wiele...
21/04/2026

A czy my uczymy się rozczarowania? Uczymy się raczej, jak je omijać, jak nie chcieć za bardzo i nie liczyć na zbyt wiele, jak trzymać się trochę z boku, bo nie brać to przecież także nie narażać się, więc z czasem robimy to tak sprawnie, że przestajemy w ogóle sprawdzać, co to znaczy, że czegoś chcemy, jakby samo pytanie było już czymś podejrzanym, a kiedy jednak coś się w nas pojawia, bywa tak nagłe i nieproporcjonalne, że aż rozsadza od środka, i wtedy już tego nie chcemy, robi się to dla nas przykre, jak coś tandetnego, zbyt łatwego, jak rzecz kupiona odruchowo i od razu wstydliwa, albo przeciwnie - chcemy wciąż i wciąż, aż wszystko traci ciężar, jak przedmiot trzymany zbyt długo w dłoni, i samo pragnienie zaczyna się rozmywać, zużyte od nadmiaru. Pragnienie jest ryzykowne, bo otwiera coś, czego potem nie umiemy już domknąć, a rozczarowanie i tak przychodzi, tylko że wtedy jest dziwne, rozlane, nie do końca nazwane, więc nie umiemy go naprawdę przeżyć i zostaje gdzieś w środku, takie uparte, ucząc nas czegoś na opak, że lepiej mniej, albo najlepiej wcale, albo że wszystko - jeśli się dokładnie przyjrzeć - jest bez wartości. Więc chyba nie uczymy się tego rozczarowania, które przychodzi i mija, tylko tego, które zostaje i ściska, które odkłada się gęsto w gestach, w zbyt szybkim wycofaniu ręki, w spojrzeniu urwanym o sekundę za wcześnie, a potem, kiedy coś naprawdę zaczyna się chcieć, cofamy się niemal odruchowo, jakby samo pragnienie było błędem, czymś niestosownym, a nie początkiem. A sam podmiot pragnień? Z czasem staje się podejrzany, jakby był własnym przeciwnikiem. Może po prostu zabrakło nam kiedyś w dzieciństwie miejsca na zabawę i wyobraźnię, albo zwykłego spokoju życia i ducha, i kogoś, kto powiedziałby - niczego nie pocieszając, tylko zwyczajnie, że warto chcieć, że rozczarowanie jest czymś, co da się unieść i przeżyć do końca, że nie trzeba się przed nim kurczyć, bo potem można wrócić znów do pragnienia, takiego, które z czasem rośnie i staje się mądrzejsze, mniej głodne, mniej zachłanne, takie, które nie bierze więcej niż trzeba, ale daje wystarczająco dobrze, żeby chcieć dalej i karmić siebie w sposób zwyczajny, proporcjonalny, sycący, takie, które coś buduje i naprawdę prowadzi dalej. Mamy raczej kłopot z samym pragnieniem, przede wszystkim nie umiemy go pomieścić, przetwarzać ani oswajać, więc je ścigamy albo moralizujemy, a potem rozdziera się ono na coś dzikiego i surowego, jakby osobnego w nas, więc żyjemy trochę podwójnie - skrycie i dziko pożądliwi, a oficjalnie wybitnie karni, posłuszni i moralni.

Sztuka stoi gdzieś z boku. Nie wchodzi pierwsza do pokoju. Nawet nie siada tylko opiera się o ścianę i czeka, aż ktoś ją...
16/04/2026

Sztuka stoi gdzieś z boku. Nie wchodzi pierwsza do pokoju. Nawet nie siada tylko opiera się o ścianę i czeka, aż ktoś ją zauważy. Albo aż ktoś zacznie się wiercić i spojrzy w jej stronę z braku lepszych zajęć. I wtedy za nią pójdzie.

Czasem jest czymś, czego nie da się dosięgnąć. Obrazy wiszą wysoko, jakby sprawdzały, kto naprawdę chce je zobaczyć. Trzeba zadrzeć głowę. Do góry, aż podbródek zahaczy o kawałek nieba.

O sztukę można się też potknąć, bo chodzi gdzieś nisko, rynsztokami, a nawet niżej. Mieści się w kieszeni. Przewija się ją kciukiem, albo wypowiada przypadkiem. Są rzeczy, które nazywaliśmy sztuką bez wahania. Obrazy, rzeźby, książki. Tez takie, że coś się koło buta napatoczy jak bibelot obok gabarytów przy bramie i od razu powstaje pytanie - czy to jeszcze coś znaczy?

Coś jest w naszych oczekiwaniach wobec sztuki. Może ma być ważna. Może ma coś tłumaczyć. Może ma mieć sens większy niż my sami. A ona często ma mniejsze ambicje. Jest czymś, co się przydarza codziennie. Jak stary mebel w kącie. Nikt go nie rusza, bo nie wiadomo, czy się nie rozpadnie. A przy przeprowadzce okazuje się, że to jedyna rzecz, której naprawdę szkoda.

Może trochę jak psychoanaliza.

Może jak psychoanaliza?

Niektórzy mówią o niej z nieufnością, jakby była zbyt blisko sztuki. Jakby to było za mało ścisłe. Za mało pewne. Jakieś dziwne sztuki. Może nawet sztuczki. Za mało procedury, za mało instrukcji. Za dużo obrazów, skojarzeń, błądzenia. Za dużo człowieka i tego szukania, które niebardzo daje się od razu nazwać.

Czy ona wygląda jak sztuka? Nie ma przecież galerii. Nie ma wernisażu. Nikt nie przynosi wina. Jest raczej pokój, który nie próbuje być niczym więcej niż pokojem. I te dwie osoby. I coś jeszcze trzeciego, czasem się szamocze na chwilę i znika, jeśli za szybko spróbować to dokładnie wymierzyć. Niestatystyczne obrazy przychodzą nieproszone, ale ważne, osobiste. Surrealizm zwyczajności. Kubizm topornego poranka. Bryła, kanciasta, nie do wygładzenia przeżycie. Zawsze gdzieś czający się prymitywizm.

Trzeba to obracać w słowach. Patrzeć z różnych stron, wiedząc, że żadna nie będzie ostateczna. Szukać. Czekać. Pozwolić temu „czemuś” zostać chwilę dłużej. Nie poprawiać od razu. Nie porządkować. Spróbować usłyszeć.

Dziwna sztuka rozmowy człowieka z człowiekiem.

Łatwo się tam zapomnieć, że coś trzeba było pilnie naprawić. Ważniejsze staje się to, żeby coś wybrzmiało, zeby zostać usłyszanym. Performatywna próba pozostania przy kimś wystarczająco długo, żeby zaczął mówić własnym głosem.

Więc może problem nie leży w sztuce? Może w tym, że ona nie chce być narzędziem. Nie chce być polityką. Nie chce odpowiedzią. Buntuje się, pozostaje przy niewygładzonej realności. Sztuka stawania się sobą, sztuka wychodzenia do siebie, sztuka zmagań i uniesień.

Może więc to nie zarzut, raczej pewna niezręczność. Trudność wobec tego, czego nie da się policzyć ani zamknąć w tabeli.

Jeśli to jest sztuka, to taka, której nie da się powiesić na ścianie. Nie bardzo wiadomo, kto jest jej autorem. Zawsze wydaje się nie dość czegoś: odpowiedzi, miary, pewności.

Zostaje trochę niesforna. Każe jeszcze chwilę poczekać. Wsłuchać się. Pobyć.

„Zaburzenia psychiczne są w dużej mierze wynikiem kryzysów społecznych, takich jak bezrobocie czy doświadczenia przemocy...
09/04/2026

„Zaburzenia psychiczne są w dużej mierze wynikiem kryzysów społecznych, takich jak bezrobocie czy doświadczenia przemocy w dzieciństwie - ostrzegają psychologowie. Ich zdaniem zbyt wiele środków przeznacza się na badania nad czynnikami genetycznymi i biologicznymi."

Tak zaczyna się artykuł z brytyjskiego The Telegraph z 2016 roku, udostępniony przez stronę The Political Self.

Artykuł układa się wokół tezy, że zaburzenia psychiczne mają swoje źródła w wydarzeniach życiowych i warunkach społecznych, a nie tylko w genach. W pewnym sensie jest próbą przesunięcia uwagi w dialogu z dominującym przez lata kierunkiem badań z mózgu na doświadczenie.

Pojawia się tu krytyka finansowania nauki, które koncentruje się na biologii, podczas gdy to, co dzieje się w życiu ludzi -trauma, bezrobocie, przeciążające przemiany współczesności, relacje - pozostaje słabiej rozpoznane.

W wypowiedziach przywołanych ekspertów nie idzie o odrzucenie biologii, ale bardziej o rozważenie jej uprzywilejowanej pozycji. Pojawia się myśl, że samo stwierdzenie, iż wszystko dzieje się w mózgu, niewiele wyjaśnia, jeśli nie pytamy, na co ten mózg odpowiada. Artykuł kieruje więc uwagę na to, co wydarza się w czyimś życiu czylo tam, gdzie zaczyna się to, co później nazywamy stanem psychicznym.

To, co biologiczne, nie istnieje w oderwaniu od przeżycia, a to, co przeżyte, zawsze ma swój wymiar cielesny. Artykuł nie tyle rozstrzyga spór między biologią a doświadczeniem, ile próbuje przywrócić proporcje zwracając uwagę na to, co przez lata pozostawało mniej widoczne: wpływ życia, relacji i warunków, w jakich ktoś funkcjonuje.

Pojawia się też pytanie o to, gdzie lokujemy przyczynę cierpienia i co z tego wynika. Jeśli w genach to szukamy rozwiązań laboratoryjnych, powtarzalnych i farmakologicznych. Jeśli w doświadczeniu to pojawia się potrzeba zindywidualizowanej rozmowy, rozumienia, zmiany warunków życia, pracy psychicznej. W praktyce te porządki rzadko występują osobno raczej splatają się i wzajemnie korygują. Artykuł dotyka więc nie tylko nauki, ale też praktyki i polityki zdrowia psychicznego.

Na marginesie pojawia się też pytanie - już poza samym artykułem o tych, którzy nie mieszczą się łatwo w tej osi czyli ludzi zamożnych, którzy nie żyją w oczywistym niedostatku czy kryzysie społecznym, a mimo to chorują, przyjmują leki, doświadczają rozpadu czy pustki. To komplikuje prostą opowieść o „zewnętrznych przyczynach” i każe zapytać, co właściwie uznajemy za wydarzenie obciążające i gdzie ono się zaczyna.

Ten głos pochodzi z konkretnego kontekstu czyli brytyjskiego systemu badań, finansowania i debaty publicznej. Jak taki sposób myślenia rezonuje u nas? Czy w Polsce w ogóle prowadzimy ten spór w dialogujący sposób? Czy raczej przejmujemy gotowe podziały, nie do końca sprawdzając, jak mają się do naszego doświadczenia klinicznego, społecznego, codziennego?

Fragmenty artykułu:

"W ciągu ostatniej dekady instytucje finansujące badania, takie jak Medical Research Council (MRC), przeznaczyły setki milionów na badanie biologicznych podstaw chorób psychicznych.
Choć udało się zidentyfikować pewne geny zwiększające podatność na różne zaburzenia, specjaliści podkreślają, że rzeczywiste przyczyny depresji i lęku tkwią w wydarzeniach życiowych i środowisku. Ich zdaniem badania powinny koncentrować się na codziennych czynnikach wyzwalających.
Peter Kinderman, profesor psychologii klinicznej na University of Liverpool, powiedział w programie BBC Radio 4 „Today”:

„Oczywiście każda moja czynność, każda emocja, jakiej kiedykolwiek doświadczyłem, wiąże się z pracą mózgu, więc badania naukowe mówiące nam, że mózg bierze udział w reakcjach emocjonalnych na wydarzenia, niewiele posuwają nasze rozumienie naprzód.
A jednocześnie odciągają uwagę od faktu, że gdy w danym regionie rośnie bezrobocie, obserwujemy mierzalny wzrost liczby samobójstw.
Odciągają też uwagę od tego, że trauma w dzieciństwie jest bardzo silnym predyktorem poważnych problemów, takich jak epizody psychotyczne w dorosłości. Oczywiście mózg i geny odgrywają rolę – ale niezbyt dużą. Nadmierne skupienie się na nich odsuwa nas od tych bardzo ważnych czynników społecznych.”

Bezrobocie i trauma z dzieciństwa są wskazywane jako przyczyny wielu zaburzeń psychicznych.
Prawie połowa dorosłych doświadcza w pewnym momencie życia problemów ze zdrowiem psychicznym, a ponad jedna trzecia wizyt u lekarzy pierwszego kontaktu dotyczy problemów psychicznych.

Co czwarta osoba otrzymała diagnozę zaburzenia psychicznego – najczęściej depresji. Dodatkowo 18% badanych przyznało, że doświadczało takich trudności, ale nigdy nie zostały one zdiagnozowane.
W Wielkiej Brytanii odnotowuje się obecnie siódmy najwyższy poziom przepisywania leków przeciwdepresyjnych w świecie zachodnim – około czterech milionów osób przyjmuje je co roku, czyli dwa razy więcej niż dekadę wcześniej.
Mimo to MRC przeznacza jedynie około 3% swojego budżetu badawczego na zdrowie psychiczne – a większość tych środków trafia do badań nad genetyką i neuronauką.

Richard Bentall, również z Uniwersytetu w Liverpoolu, dodał:
„To właściwie tragedia. Medical Research Council jest jednym z największych fundatorów badań medycznych w Wielkiej Brytanii, ale jeśli spojrzeć na to, co finansuje, zdecydowana większość to skanery mózgu czy maszyny do sekwencjonowania genów. Prawie nic nie trafia na badanie mechanizmów psychologicznych czy społecznych warunków, w których rozwijają się te problemy.

Praktycznie nie da się uzyskać finansowania na badania tego typu.

”MRC odpowiedziało, że aktualnie aktualizuje swoją strategię i ma nadzieję zwiększyć środki przeznaczane na badania nad zdrowiem psychicznym.
Dr Rob Buckle z MRC powiedział:
„To od dawna jest debata o naturze i wychowaniu (nature vs nurture). MRC musi finansować badania, które przyniosą największy efekt – niezależnie od tego, z jakiego obszaru pochodzą.
Zdrowie psychiczne to bardzo złożony problem. Najważniejsze jest lepsze zrozumienie przyczyn i przebiegu zaburzeń psychicznych.
Chcielibyśmy przeznaczać więcej środków na badania w tym obszarze i w pełni uznajemy, że jest to dziedzina interdyscyplinarna - obejmująca neuronaukowców, psychiatrów i naukowców społecznych.”

Na zdjęciu instalacja autorstwa Néle Azevedo

7 kwietnia 1896 roku urodził się Donald Winnicott, brytyjski psychoanalityk I pediatra. W swoich opisach klinicznych zwr...
07/04/2026

7 kwietnia 1896 roku urodził się Donald Winnicott, brytyjski psychoanalityk I pediatra. W swoich opisach klinicznych zwraca uwagę na znaczenie doświadczeń i na to jak funkcjonują one w życiu wewnętrznym oraz w relacji.

W poniższym fragmencie tekstu z 1960 roku opisuje on spotkanie z chłopcem, którego zabawa koncentruje się wokół sznurka:

"Początkowo chłopiec nie robił wrażenia zaburzonego i szybko podjął ze mną zabawę w esy-floresy. (W tej zabawie kreślę spontanicznie jakiś zygzak i zachęcam dziecko, by go w coś przekształciło, a potem role się odwracają i dziecko rozpoczyna, a ja kontynuuję rysunek).

W tym konkretnym przypadku zabawa w esy-floresy przyniosła zastanawiające wyniki. Bardzo szybko dała o sobie znać niechęć chłopca do wysiłku, poza tym niemal wszystko, co narysowałem, kojarzyło mu się ze sznurkiem. Wśród dziesięciu rysunków, jakie wykonał, pojawiły się:

lasso,
bat,
bicz,
sznurek od jo-jo,
sznurek zawiązany w węzeł,
inny bicz,
inny bat.

Po spotkaniu z chłopcem odbyłem następną rozmowę z rodzicami i spytałem ich o jego zaabsorbowanie sznurkiem. Byli zadowoleni, że podjąłem ten temat; nie wspomnieli o nim wcześniej, gdyż nie byli pewni, czy ma to znaczenie. Powiedzieli, że chłopiec ma obsesję na punkcie wszystkiego, co ma związek ze sznurkiem; zawsze, kiedy wchodzą do jego pokoju, zastają krzesła przywiązane do stołu albo na przykład poduszkę przywiązaną do kominka. W ostatnim czasie jego zaabsorbowanie sznurkiem znalazło nowy wyraz, co ich poważnie niepokoi. Zdarzyło się, że chłopiec zawiązał sznurek wokół szyi siostry (tej, której narodziny były przyczyną pierwszej separacji od matki).

W tym konkretnym przypadku zdawałem sobie sprawę z tego, że mam ograniczone pole działania: nie mogłem liczyć na to, że będą przyjeżdżać do mnie częściej niż raz na pół roku, ponieważ rodzina mieszkała daleko, na wsi. Zdecydowałem się zatem na następujące rozwiązanie: wyjaśniłem matce, że chłopiec przeżywa lęk przed separacją i usiłuje zaprzeczyć separacji używając sznurka, mniej więcej tak, jak można by zaprzeczać separacji od przyjaciela, używając telefonu. Była sceptyczna, ale powiedziałem jej, że jeśli stwierdzi, iż to, co mówię, ma jakikolwiek sens, chciałbym, żeby w sprzyjającym momencie podjęła ten temat w rozmowie z chłopcem, mówiąc mu to, co powiedziałem, a potem rozwijając wątek separacji zgodnie z odpowiedzią chłopca.

Przez pół roku nie miałem od nich żadnych wiadomości. Kiedy przyjechali na następną wizytę, matka opowiedziała mi o tym, co zaszło po poprzednim spotkaniu, dopiero wtedy, kiedy ją o to zapytałem. Czuła wówczas, iż to, co jej powiedziałem, było głupie, ale pewnego wieczoru poruszyła ten temat w rozmowie z synem i okazało się, że chłopiec chętnie mówi o swojej relacji z nią oraz o lęku przed utratą kontaktu. Z jego pomocą zdołała omówić z nim wszelkie separacje, jakie tylko mogła sobie przypomnieć, i wkrótce, widząc jego reakcje, nabrała przekonania, że miałem rację. Co więcej, od czasu rozmowy, którą z nim odbyła, zabawa sznurkiem ustała. Chłopiec przestał wiązać ze sobą przedmioty, jak to czynił wcześniej. Matka wiele razy rozmawiała z nim jeszcze o jego poczuciu oddzielenia od niej; poczyniła bardzo istotną uwagę, że w jej odczuciu najważniejsza separacja wiązała się z tym, że stracił ją, kiedy była w depresji; jak powiedziała, nie chodziło tylko o to, że nie było jej w domu, lecz raczej o to, że zaabsorbowana innymi rzeczami, nie miała z nim kontaktu.

Na następnej wizycie matka powiedziała mi, że rok po odbyciu pierwszej rozmowy chłopiec wrócił do zabawy sznurkiem i wiązania przedmiotów w domu. Ponieważ w tym czasie matka znów musiała iść do szpitala na operację, zwróciła się do chłopca: „Po tym, że bawisz się sznurkiem, poznaję, że martwisz się, iż mnie nie będzie, ale tym razem nie będzie mnie tylko kilka dni. Będę miała operację, która nie jest poważna”. Po tej rozmowie nowa faza zabawy sznurkiem ustąpiła."
W tym fragmencie Winnicott nie traktuje sznurka jako symbolu w sensie klasycznym, lecz myśli o nim w kategoriach funkcji. Sznurek ma łączyć - pojawia się tam, gdzie doświadczenie psychiczne dziecka nie jest jeszcze zdolne utrzymać ciągłości relacji w nieobecności obiektu. Jest próbą poradzenia sobie z separacją poprzez jej konkretne zaprzeczenie.
Zmienia się tu punkt ciężkości z pytania „co to znaczy?” na „co to robi?”.

Sznurek działa jak prosta proteza relacji i zastępuje to, czego dziecko nie może jeszcze utrzymać psychicznie.
Równie istotna jest sama interwencja. Winnicott nie interpretuje tego dziecku. Tworzy raczej warunki, w których matka może rozpoznać jego stan i ująć go w słowa. To w relacji pojawia się znaczenie. Gdy doświadczenie separacji zostaje pomyślane i nazwane, działanie (wiązanie) przestaje być dla chłopca konieczne.

Ważny jest też powrót objawu, który nie jest porażką, lecz wskaźnikiem tego, że sytuacja psychiczna ponownie przekracza możliwości integracyjne dziecka. Winnicott pokazuje tym samym, że objaw nie jest „czymś do usunięcia”, lecz sygnałem granicy zdolności dzoecka do przeżycia separacji bez konkretnego wsparcia.

Ten fragment nie jest więc o sznurku, lecz o przekształceniu objawu w rozumienie i doświadczenie bycia pomyślanym i podtrzymanym.

Można by też zapytać, czym dla Winnicotta były same esy-floresy? czy nie stanowiły swoistego „sznurka”, który łączył ślad, gest i myśl w przestrzeni zabawy?

Cytat pochodzi z książki D. W. Winnicott, Procesy dojrzewania i sprzyjające środowisko, przeł. A. Czownicka, Gdańsk: Imago, 2018. s. 184.

Zdjęcie znalezione w jednym z brazylijskich sklepów z plakatmi (Modernaquadros)

Polecam na najbliższy czas krótki, oskarowy film „Dziewczyna, która płakała perłami”. Jest bardzo prosty i też nieoczywi...
02/04/2026

Polecam na najbliższy czas krótki, oskarowy film „Dziewczyna, która płakała perłami”. Jest bardzo prosty i też nieoczywisty więc zostaje gdzieś pod skórą, bo wydaje się ujmująco odbierać odpowiedzi, wytrzymuje utratę pewników.

Jest uważny na to, co chwiejne. Na momenty, w których perspektywa się przesuwa i nie wiadomo już, co właściwie jest stratą, a co zyskiem.
Inflacja uczuć, pieniędzy i życia wciąż przemyka po scenach.

Czy to, jak toczy się nasze życie, jest wyborem?
A jeśli tak, to co za ten wybór płacimy? I ile zaraz to będzie warte? Albo dlaczego płacimy skoro nie wybieraliśmy?

Film pozwala na myśl, że niezależnie od tego, czy i co wybieramy, czy tylko odpowiadamy na okoliczności, coś zawsze zostaje oddane. Ktoś płaci samotnością i zyskuje spokój, może nawet bezpieczeństwo.
Ktoś inny zostaje przy czuciu i zostaje też przy braku. A zaraz wszystko zmienia się w jednej chwili i okazuje się, że to, co wydawało się trwałe, wcale takie nie było. Nic nie jest tu jednoznaczne.
Wartość nie jest stała.

Wybór nie zawsze należy do nas w takim stopniu, w jakim chcielibyśmy wierzyć. Dla kogoś chciwość to jedyne miejsce, które zna. Coś, czego można się trzymać, kiedy nic innego nie daje oparcia. Trudno się dziwić, że nie puszcza.Dla jednych miłość jest ratunkiem. Dla innych czymś, na co nie mogą sobie pozwolić.

Trudno tu mówić o tym, kim ktoś jest. Bardziej zaczyna sie myśleć o chwilach, w których coś w nas przechyla się w jedną stronę. Gdzieś, prawie bez udziału woli tak jakby decyzja zapadała obok nas, a dopiero później widać, co to mogło być i co zostało oddane.

W najbliższym czasie wśród ludzi albo obok nich, w świętowaniu albo w jego braku pojawia się wybór, żeby coś w kimś lub czymś uprościć. Nazwać. Rozstrzygnąć.
Ten film robi coś innego. Dorzuca do puli inną opcje. Zostawia rzeczy w zawieszeniu. Unosi ciężar tego, że nie wszystko da się zatrzymać, że nie wszystko da się mieć naraz, że coś zawsze się nam wymyka. Podkreśla niestałość.

Warto obejrzeć. To tylko 17 minut. A obraz i ruch są takie, że czuć je fizycznie. Wytrzymuje napięcie między różnymi estetykami. Powstaje klatka po klatce, składany ręcznie, z materii tkaniny, kurzu. Wszystko ma swoją wagę, fakturę, opór. Daje obcowanie z czymś lepko realnym, chropowatym.
To przeciwieństwo cyfrowej czystości.

Link do darmowego odtworzenia filmu legalnie bez logowania w komentarzu. Film dostał Oskara za najlepszy krótkometrażowy film animowany w 2026 roku, jest kanadyjski a na pokładzie reżyserskim p***k - Maciek Szczerbowski oraz Chris Lavis.

Obraz to kadr z filmu.

Czasem w poczuciu humoru uchwyca się coś, co długo nie daje się zobaczyć. Fragment wystąpienia Lawrence’a Browna (Bostoń...
01/04/2026

Czasem w poczuciu humoru uchwyca się coś, co długo nie daje się zobaczyć. Fragment wystąpienia Lawrence’a Browna (Bostoński Instytut Psychoanalizy), w którym odnosi się on do osobistego doświadczenia:

"Daleko w trakcie mojej analizy treningowej, gdy zmagałem się z konfliktami wokół ambicji, które trwały długo i nie poddały się licznym próbom rozumienia ich dynamiki z różnych perspektyw, mój analityk zaskoczył mnie następującym dowcipem:

„Rozmawia dwóch jaskiniowców i jeden pyta drugiego: ‘Widziałeś ostatnio Upa?’ ‘Nie’, odpowiada tamten, ‘Masz na myśli tego Upa, który wynalazł ogień?’ ‘Tak, właśnie tego’, mówi pierwszy jaskiniowiec. ‘Czy to nie on wynalazł koło?’ pyta drugi. ‘Tak, to właśnie ten Up, o którego mi chodzi’, mówi drugi jaskiniowiec, ‘ale czy ostatnio czegoś dokonał?’”

Byłem zaskoczony tym, że podzielił się ze mną dowcipem, czego nie robił nigdy wcześniej, a dowcip ten tak głęboko we mnie rezonował, że trafiał w sedno tego, z czym się zmagałem, choć nie mogłem wyrazić tego słowami. Jednakże przez lata wielokrotnie wracałem do tego dowcipu i za każdym razem doceniałem to, jak odnosił się do różnych warstw konfliktu, rozwijanych w późniejszej terapii i autoanalizie. Z perspektywy czasu uważam, że ten dowcip był jedną z najbardziej pamiętnych interwencji, jakie podał mi mój analityk, ze względu na jego bezpośredni i trwały wpływ oraz posłużył funkcji podobnej do interpretacji, choć właściwie jego zasięg był bardziej wyczerpujący. W istocie interpretacja brzmiała: „Jeśli próbujesz dosięgnąć Księżyca, nigdy nie będziesz usatysfakcjonowany”.

Przygotowując się do napisania tego artykułu skontaktowałem się z moim analitykiem i zapytałem go, czy pamięta, jak opowiedział mi ten dowcip oraz czy przyszedł mu on do głowy spontanicznie w chwili, gdy go opowiedział. Odpowiedział, że wcześniej parę razy przeszedł mu on przez myśl, ale w tej konkretnej sesji pojawił się niespodziewanie i opowiedział go, gdy tylko przyszedł mu na myśl, jak mówił Freud: „Nagle dowcip pojawia się – z zasady odziany w słowa”.

Dowcip mojego analityka był w istocie cenną interpretacją, która została podana spontanicznie, choć wcześniej przychodziła mu na myśl przy różnych okazjach, musiało istnieć jakieś nieświadome wyczucie, które stanowiło sygnał, że to ten właściwy moment. Pochodzenie dowcipu zdaje się podobne do powstawania reverie, które pojawia się niespodziewanie w umyśle analityka i stanowi nieświadomy twór powstały z nieświadomego zaangażowania między analitykiem i analizantem."

Poczucie humoru pojawia się tam, gdzie same słowa są niewystarczające. Żart pozwala coś zobaczyć inaczej. Śmiech nie usuwa cierpienia, jednak zmienia sposób bycia z nim. Trzęsie całym ciałem. Pozwala uchwycić paradoksy naszej psychiki i życia, ożywia poczucie siebie i dodaje otuchy.

Jak u Magritte’a - to, co wydaje się oczywiste, nagle przestaje takie być. Między tym, co widzimy, a tym, czym to jest, zawsze pozostaje pewna istotna szczelina.

Czy to nie właśnie dopuszczenie takich nieoczywistych zestawień tak nas dogłębnie łaskocze, łączy i zmienia?

Obraz: René Magritte, „The Treachery of Images”
„To nie jest fajka” (fr. „Ceci n’est pas une pipe”)

Hmm... a co z cygarem? ;)

Cytat pochodzi z publikacji po 21. Konferencji pt. „Humor w relacji terapeutycznej”, Oddziału Dolnośląsko-Opolskiego Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej, która odbyła się we Wrocławiu w 2023

Adres

Wroclaw
56-400

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Przeistocza P. umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria