06/05/2026
Są takie szkolenia, po których różne kropki zaczynają mi się łączyć w głowie, coś do czegoś pasuje, zagnieżdża się w głowie i tworzy sens, który jest mi użyteczny - tak mam słuchając Johna C. Norcrossa na webinarze w dialoteka.pl:).
Jako "Bruges model nerd" zestawiłam sobie model transteoretyczny Norcrossa, Prochaski i DiClemente z Modelem Brugijskim TSR, którego się uczę od trenerów z Instytutu Korzybskiego.
Ten pierwszy pokazuje, że zmiana ma swoje tempo, swój rytm. Długo zanim pojawi się działanie, może pojawić się dopiero pierwsza wątpliwość, zmęczenie dotychczasowym sposobem radzenia sobie, ambiwalencja albo myśl, że może dałoby się żyć trochę inaczej. To też jest część procesu, nawet jeśli z zewnątrz wygląda jeszcze jak stanie w miejscu. Słucham o tym jak ważne, żeby dopasować swój styl bycia w relacji z klientem do miejsca gdzie jest klient w procesie zmiany i wszystko mi się pięknie spina.
Model Brugijski mówi o podobnej sprawie, tylko językiem relacji terapeutycznej. Również pyta nie tyle: „jaka technika będzie właściwa?”, ale raczej: "w jakiej relacji jestem z osobą, z którą pracuję". Czy klient pojawił się u mnie z własnej potrzeby? Czy została przysłana przez innych? Czy szuka zmiany, czy na dany moment potrzebuje, żeby ktoś usłyszał, jak trudno jest w miejscu, w którym stoi i uznał jego ból? Klient nigdy nie stawia "oporu" w tym mindsecie, to ja jestem odpowiedzialna za dostrojenie się do tempa, rytmu osoby, z którą pracuję.
Oba modele łączy coś bardzo ważnego: nie dopasowujemy człowieka do interwencji. Dopasowujemy interwencję do człowieka.
Nie pracujemy „z zaburzeniem”, tylko z osobą. Z jej gotowością, językiem, historią, doświadczeniem, tempem, nadzieją i sposobem bycia w relacji.
No i professor Norcross odpowiedział na moje pytanie...lubi TSR, ale nie znał pracy Luca Isebaerta - szkoda, dogadaliby się :)